baj baj maj

Wypełnia mnie dziś pogoda ducha oraz szalejąca życzliwość do świata.

Wczoraj przed pójściem spać przypomniało mi się, że jutro czyli dziś, jest trzydziesty pierwszy maja i tym samym ostatni termin do zgłoszenia w sekretariacie mojego egzaminu, zaplanowanego na siódmego czerwca. Wydarzenie samo w sobie nie byłoby jeszcze wielką tragedią, ale co gorsza przypomniało mi się również, że żyję w kraju biurokratów (serio, z powodu byle -sorry- gówna przysyłają tu tysiączne listy, nierzadko z kopertą zwrotną i już opłaconym znaczkiem, i tak na przykład kopert od Kasy Chorych, obliczającej sumiennie moją składkę co 6 miesięcy, mam już na stanie tyle, że gdyby wpadł mi tam w oko jakiś miły młodzieniec, mogłabym zacząć uprawiać z nim namiętną korespondencję za forsę jego pracodawcy) i w celu dokonania owego zgłoszenia potrzebuję papióra z sekretariatu mojego instytutu, o którym w owym sekretariacie nikt nigdy nie słyszał, oraz zaświadczenia o zaliczonej łacinie. A to ostatnie przepadło mi już jakiś czas temu, bo nosiłam je luzem w zeszycie, jako że było mi potrzebne do dwóch poprzednich egzaminów, zgłaszanych rok i półtora roku temu. Dość beznadziejnie, wiedziałam bowiem, że na żadne znaleziska raczej nie mam szans, postawiłam na głowie śmietnik papierowy w domu i zaczęłam się nieco martwić. Martwiłam się tak i martwiłam, aż w końcu zasnęłam, znalezisko jednak odnotowałam, a mianowicie kolczyki zaginione jakieś pół roku temu i odnalezione w nieużywanej ostatnio torebce, a ostatnią moją myślą przed odpłynięciem w niebyt było zuchwałe postanowienie, że najwyżej rzucę się tam na dywan tupiąc i kopiąc, albo zacznę płakać, albo przekupię moją panią profesor żeby wpisała w protokół późniejszą datę, ale COŚ uczynię, żeby tylko pozwolili mi pisać w poniedziałek.

Obudziłam się więc w humorze zaskakująco znakomitym, może za sprawą jakiegoś przyjemnego snu, który niewątpliwie miałam, aczkolwiek nie pamiętam o czym traktował, a może dlatego, że przecież posiadałam gotowy plan działania, i pełna optymizmu poszłam do pracy. Z pracy wyrwałam się koło dziesiątej, ufnie wkroczyłam do sekretariatu i usłyszałam, że łacina nic takiego, skoro zgłaszałam już dwa egzaminy na podstawie tego zaświadczenia, to pani mi bez zastrżeżeń wierzy, że ono istniało. Łał. Z drugim papiórem było nieco gorzej, bez niego zameldować mnie nie dawało rady za Chiny Ludowe, ale za to uzyskałam zapewnienie, że będzie dobrze, jak go dostarczę nawet w dniu egzaminu. Dodatkowy tydzień mi przecież wystarczy na załatwienie sprawy…? ŁAŁ. Dziękując przeuroczej pani prawie na kolanach, gnąc się w ukłonach, opuściłam sekretariat w lekkim oszołomieniu i postanowiłam zająć się sprawą od razu. W sekretariacie Instytutu Teologii urzędował jakiś chłopak, bo sekretarki nie było. Do chłopaka wybałuszyłam oczęta, zatrzepotałam rzęami i opowiedziałam mu detalicznie o mojej martyrologii, na skutek czego zostałam wypchnięta do biura Bardzo Ważnego Pana Profesora, szefa całego instytutu. Mimo że właściwie do Pana Profesora jakoś nie miałam śmiałości, trzepotanie, tudzież mina Sierotki Marysi wyszło mi jakoś samo, więc Pan Profesor uprzejmie polecił mi zająć miejsce przy stole, a sam wziął i zaczął telefonować.

Upragniony papiór dostalam już po kwadransie.

Czyżby więc wraz z parszywym majem kończyła się wreszcie ta zła passa???

Tak nam dopomóż Bóg, amen.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: