Saturday wait

Pojechałam do Konstancji, dlaczego nie. I nawet wróciłam. Pojechałam w pokojowych zamiarach, prawie wymachując białą flagą, zdecydowana za żadne skarby nie dać się wyprowadzić z równowagi i w rzeczy samej byłam jednym wielkim pierdolonym kwiatem lotosu, jeśli wolno mi zacytować Asło. Z czego jestem dumna. Powtarzałam sobie że I’m gonna close my eyes and count to ten. I’m gonna close my eyes and when I open them again, everything will make sense to me then. Ani razu nie wpadłam w furię, nie dostałam ataku histerii ani spazmów, a mokre oczy miałam tylko dwa razy. Z czego pierwszy się nie liczy, bo było to po imprezie, kiedy leżałam skulona na kanapie, pod śpiworem, z okazji płci uczczona przywilejem osobnego łóżka, słuchając ciężkich oddechów śpiących martwym i pijanym bykiem chłopaków i czułam się tak okropnie nieszczęśliwa i samotna, i wogóle uciśniona, a nie liczy się dlatego że sama byłam po intensywnym spożyciu czilijskiego pisco z kolą i polskiej wódki z redbullem.

W piątek obejrzałam sobie gówniarza grającego w piłkę nożną, byłam jedynym widzem na trybunie, podziwiałam ruchy jego umięśnionych odnóży, klaskałam z zapałem po każdym golu, słuchałam z zainteresowaniem jego wywodów, kiedy przylatywał do mnie do góry w każdej przerwie, kapiąc przy tym obficie potem, i nuciłam sobie przy tym z kolei i don’t care if monday’s blue, tuesday’s grey and wednesday too, thursday i don’t care about you, it’s friday, i’m in love.

Ale piątek nie jest codziennie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: