Wyjątkowo zimny maj

W tym roku do Bonn na tradycyjny pokaz sztucznych ogni nad Renem jechałam z dławiącym poczuciem porażki, czynnym wulkanem w duszy i rosnącą powolutku gulą w gardle. Zimno było. Przesiadając się na dworcu w Kolonii wstąpiłam do drogerii, odstałam swoje w bardzo długiej kolejce, aby uiścić zapłatę w wysokości 79 centów i wychodząc zderzylam się z łysym bucefałem z tępym wyrazem twarzy i kubkiem kawy w ręku, który gapił się wszędzie, tylko nie pod nogi. I nie zmienił tępego wyrazu oblicza nawet wtedy, gdy znaczna część kawy z kubka z rozmachem wylądowała mu na białym podkoszulku. Bo nie patrzysz gdzie idziesz….!!! wysyczalam wściekle, łykając jednak …ośle, które miałam już na końcu języka. Należy dodać, że wściekłość była raczej nieuzasadniona, na mnie bowiem nie spadła ani kropelka. Mamrocząc pod nosem inwektywy o debilach co nie przykrywają kubka plastikowym dekielkiem oraz niemrawych łajzach co lezą i nie patrzą dokąd, poleciałam do tunelu metra, zderzenie z bucefałem traktujac jako kolejne fatum, i, już w pociągu, wysłałam imienniczce esemesa o treści Jestem w pociągu, będę za trzy kwadranse, mam ci rzeczy do opowiedzenia, dużo i niedobre, potrzebuję pilnie alkoholu.

Godzinę później siedziałam w kawiarni, skubiąc nerwowo czekoladowego mufina o rozmiarze co najmniej zwyrodniałym, i starałam się nie myśleć o moim i słuchać imienniczki, z marnym skutkiem.

Dwie godziny później siedziałam przy kuchennym stole wraz z imienniczką, jej chłopakiem i jeszcze jednym takim oraz parującą zupą ze szparagów, z tym że zupa byla na stole a nie przy, i było mi już prawie odrobinę lepiej, do czego niewątpliwie przyczyniała się ubywająca powoli zawartość mojego kieliszka. Mieliśmy właśnie zanurzyć pierwszą łyżkę w zupie, gdy imienniczka zauważyła kątem oka, że w oknach po skosie stoją jacyś ludzie, i patrzą z niepokojem gdzieś nad naszymi głowami, a dwóch chłopaków nerwowo zdziera ze ściany gaśnicę. Pięć minut później pandemonium było już w pełni rozkwitu. Paliło się w pokoju piętro wyżej, wszyscy biegali nerwowo po korytarzach, straż pożarna wyła syreną gdzieś w oddali, a w hydrancie na żadnym piętrze nie było wody. Kiedy z hukiem i brzękiem z okna wyleciała szyba, a w ślad za nią kłęby czarnego dymu, wszyscy zrozumieli już, że to nie żarty.

Akcja trwała do pierwszej w nocy. Po ugaszeniu ognia należało zająć się wodą, zostawioną odłogiem przez strażaków, która powoli acz zdecydowanie zalewala pokoje poniżej, wszędzie śmierdziało dymem, a ludzie zaczynali już żartować z wydarzeń. Odgrzaliśmy na nowo zupę. Wina było jeszcze trzy butelki. Złe przeczucia we wnętrzu nie ustąpiły, a nawet się wzmogły. Nadal było zimno, mimo dodatkowego swetra. Znowu nie spałam, mimo użytego wina. Nie budząc imienniczki, ubrałam się w końcu, umyłam zęby i o ósmej rano opuściłam gościnny dotąd przybytek, starając się omijać wzrokiem przygnębiającą, ziejącą wypaloną czernią dziurę nad kuchennym oknem. Dotarłam do domu. Było zimno i zmokłam. Przeczucia spełniły się w najgorszy możliwy sposób. Hasta la vista baby.

Tak mi źle.

Reklamy

1 Response so far »

  1. 1

    aselniczka said,

    o rany 😦


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: