Archive for Maj, 2010

baj baj maj

Wypełnia mnie dziś pogoda ducha oraz szalejąca życzliwość do świata.

Wczoraj przed pójściem spać przypomniało mi się, że jutro czyli dziś, jest trzydziesty pierwszy maja i tym samym ostatni termin do zgłoszenia w sekretariacie mojego egzaminu, zaplanowanego na siódmego czerwca. Wydarzenie samo w sobie nie byłoby jeszcze wielką tragedią, ale co gorsza przypomniało mi się również, że żyję w kraju biurokratów (serio, z powodu byle -sorry- gówna przysyłają tu tysiączne listy, nierzadko z kopertą zwrotną i już opłaconym znaczkiem, i tak na przykład kopert od Kasy Chorych, obliczającej sumiennie moją składkę co 6 miesięcy, mam już na stanie tyle, że gdyby wpadł mi tam w oko jakiś miły młodzieniec, mogłabym zacząć uprawiać z nim namiętną korespondencję za forsę jego pracodawcy) i w celu dokonania owego zgłoszenia potrzebuję papióra z sekretariatu mojego instytutu, o którym w owym sekretariacie nikt nigdy nie słyszał, oraz zaświadczenia o zaliczonej łacinie. A to ostatnie przepadło mi już jakiś czas temu, bo nosiłam je luzem w zeszycie, jako że było mi potrzebne do dwóch poprzednich egzaminów, zgłaszanych rok i półtora roku temu. Dość beznadziejnie, wiedziałam bowiem, że na żadne znaleziska raczej nie mam szans, postawiłam na głowie śmietnik papierowy w domu i zaczęłam się nieco martwić. Martwiłam się tak i martwiłam, aż w końcu zasnęłam, znalezisko jednak odnotowałam, a mianowicie kolczyki zaginione jakieś pół roku temu i odnalezione w nieużywanej ostatnio torebce, a ostatnią moją myślą przed odpłynięciem w niebyt było zuchwałe postanowienie, że najwyżej rzucę się tam na dywan tupiąc i kopiąc, albo zacznę płakać, albo przekupię moją panią profesor żeby wpisała w protokół późniejszą datę, ale COŚ uczynię, żeby tylko pozwolili mi pisać w poniedziałek.

Obudziłam się więc w humorze zaskakująco znakomitym, może za sprawą jakiegoś przyjemnego snu, który niewątpliwie miałam, aczkolwiek nie pamiętam o czym traktował, a może dlatego, że przecież posiadałam gotowy plan działania, i pełna optymizmu poszłam do pracy. Z pracy wyrwałam się koło dziesiątej, ufnie wkroczyłam do sekretariatu i usłyszałam, że łacina nic takiego, skoro zgłaszałam już dwa egzaminy na podstawie tego zaświadczenia, to pani mi bez zastrżeżeń wierzy, że ono istniało. Łał. Z drugim papiórem było nieco gorzej, bez niego zameldować mnie nie dawało rady za Chiny Ludowe, ale za to uzyskałam zapewnienie, że będzie dobrze, jak go dostarczę nawet w dniu egzaminu. Dodatkowy tydzień mi przecież wystarczy na załatwienie sprawy…? ŁAŁ. Dziękując przeuroczej pani prawie na kolanach, gnąc się w ukłonach, opuściłam sekretariat w lekkim oszołomieniu i postanowiłam zająć się sprawą od razu. W sekretariacie Instytutu Teologii urzędował jakiś chłopak, bo sekretarki nie było. Do chłopaka wybałuszyłam oczęta, zatrzepotałam rzęami i opowiedziałam mu detalicznie o mojej martyrologii, na skutek czego zostałam wypchnięta do biura Bardzo Ważnego Pana Profesora, szefa całego instytutu. Mimo że właściwie do Pana Profesora jakoś nie miałam śmiałości, trzepotanie, tudzież mina Sierotki Marysi wyszło mi jakoś samo, więc Pan Profesor uprzejmie polecił mi zająć miejsce przy stole, a sam wziął i zaczął telefonować.

Upragniony papiór dostalam już po kwadransie.

Czyżby więc wraz z parszywym majem kończyła się wreszcie ta zła passa???

Tak nam dopomóż Bóg, amen.

Reklamy

Leave a comment »

Nisko upadłam

Sobotni wieczór spędziłam oglądając Eurowizję.

I tak.

Mołdawię reprezentował Billy Idol w towarzystwie Lady Gagi. Hiszpan był po prostu słodki a jego algo pequeñito, algo chiquitito que te pido con locura si no quieres terminar przemówiło do mnie wielkim głosem. Belgia spodobała mi się od pierwszych taktów, co jest u mnie raczej rzadkie. Grecy prawie mnie wzruszyli, pusto w kieszeniach, ale raźna pieśń na ustach, Turcy byli nieźli, ale za bardzo przypominali mi Linkin Park. Gabaryty pani z Islandii nasunęły mi bardzo natrętnie skojarzenie z wulkanem i pożałowałam że jej lot do Oslo nie został odwołany, a Ukrainka wyglądała, jakby nie miała majtek pod kiecką. Ale ja tam nie wnikam. Francja wprawiła mnie w osłupienie, choreografia wyglądała jak dzieło epileptyka, a wokal był żywcem ściągnięty z doktora Albana. Rosjanin ściskał w garści kartkę papieru i był tak nieskończnie smutny, dobra dobra, mnie się nie oszuka, tekstu zapomniał jak w pysk dał! Armenka miała argumenty z przodu na wysokości płuc, które zsuwały na dalszy plan jej wokal, a israelski młodzieniec sprawił, że sama zapomniałam o doznanych torturach i zachwyciłam się brzmieniem hebrajskiego języka. Dania wprawiła mnie w lekki niesmak, skojarzenie ze Stingiem miał na początku chyba każdy, a koniec niewiele różnił się od Abby. Wielka Brytania dała powtórkę z Take That. Nihil novi.

Osobiście byłam za Niemką, z braku Polski w konkursie. Hiszpan chciał w końcu tylko algo pequeñito, to uważam że powinien być zadowolony. Ja tam jestem.

Leave a comment »

Prawidłowości

Zauważyłam dziś pewną prawidłowość. A mianowicie, że im bardziej muszę się uczyć, tym bardziej się nie uczę. Jestem inteligentna i ogólnie poczucie rzeczywistości posiadam, i wiem, że mogę wprawdzie spróbować włożyć książki pod poduszkę w oczekiwaniu na cud, ale więcej perspektyw ma jednak uplasowanie tyłka na krześle a łokci na stole i wlepienie wzroku w notatki, a mimo to ze wzrokiem w notatkach wytrzymuję najwyżej dwie godziny. Przy dobrych wiatrach. A potem mówię sobie, że tego zwyczajnie nie da się nauczyć, kogo obchodzą oryginalne formy hebrajskich czasowników skoro Biblia jest już dawno przetłumaczona i idę robić cokolwiek innego. I dziś na ten przykład, zamiast czytać milionową interpretację przepowiedni proroka Natana, zakupiłam sobie sandały. Przechadzałam się w nich potem dumnie przez miasto, w duchu zaciskając zęby, bo uwierzyłam na słowo pani sprzedającej, która przysięgała na kolanach, że sandały się rozciągną, oraz zapewniała, że biorąc numer większe, popełnię niewybaczalny błąd, i zastanawiałam się mimochodem, dlaczego wszyscy patrzą na moje stopy. Do głowy przyszły mi trzy warianty możliwych odpowiedzi: a) bo sandały są boskie, a moje nogi wyglądają w nich fantassssssstycznie, b) bo sandały wyglądają na za małe i nie wiedząc o tym szoruję wystającym paluchem po chodniku c) bo sandały gryzą się niemożliwe z resztą mojego outfitu, a mianowicie rozkloszowaną grafitową płócienną spódniczką do kolan, dość sztywną i sterczącą, i tiszertem z myszką Minnie. Ostatnie wydało mi się najmniej prawdopodobne, bo w drodze powrotnej spotkałam panią w wieku emerytalnym, ubraną bardzo podobnie. Tylko tiszert był bez myszki Minnie.

A prawidłowości zauważyłam jeszcze inne. Na przyklad, że im bardziej on nie chce, tym bardziej ja chcę. I prawdopodobnie odwrotnie. Ha, i tutaj to już powstają uzasadnione wątpliwości co do mojego poczucia rzeczywistości.

Leave a comment »

PBK

Na ostatnim występie w teatrze reżyserka Carmen pojawiła się w Perfekcyjnej Białej Koszuli i ja natychmiast poczułam, że Perfekcyjna Biała Koszula to jest coś, czego w mojej szafie definitywnie brakuje. Bez czego nie wiem jak mogłam się obyć przez ostatnie trzydzieści jeden lat i bez czego moje życie ani chybi straci swój cały sens. Z Carmen w kwestiach tekstylnych przejawiamy raczej podobny gust i systematycznie komplementowałyśmy się nawzajem podczas tych miesięcy prób, ona nawet więcej mnie, niż odwrotnie, ale tym razem dostałam czegoś na kształt małpiego rozumu i postanowiłam, że też sobie taką sprawię, o. Koszula nie musiała być klasyczną białą koszulą, ta należąca do Carmen też zresztą nie była, bo miała drobne falbaneczki z przodu, i stójkę zamiast kołnierzyka, ale nie mogła być też niczym innym. Żadnym topem, tiszertem, podkoszulkiem, tuniką, bluzką, musiała być Koszulą i kropka. Nie mogła też mieć fasonu ciążowego empire, ani gumek na dole, powodujących ustawiczne podjeżdżanie do góry, eksponowanie gołego żołądka i tworzenie buły.

W ciągu ubiegłych dwóch tygodni ulicę zakupową wizytowałam bez mała codziennie, nie przepuszczając ani jedemu przybytkowi handlu. Zakupiłam sobie przy tym Perfekcyjne Buty w kolorze beżowym nude, Perfekcyjną Koszulę w Kwiatuszki, Perfekcyjne Spodnie Khaki, Perfekcyjny Top w Kwiatuszki, wszystko bardzo przydatne, za okazyjną cenę i namiętnie teraz przeze mnie eksploatowane, ale o lata świetlne oddalone od Perfekcyjnej Białej Koszuli.

Kurna, ja chyba coś źle robię.

2 Komentarze »

Powiedzmy

Po 10 dniach zakamieniałego milczenia. 10 dniach de guerra fría.

Obustronne zakłopotanie. Obustronne niemyślsobieżejużwszystkodobrze.

ja: ... no nie wiem co jeszcze, teatr się skończył, bardzo mi go brakuje… a, nie wiem czy widziałeś zdjęcia…

E: Widziałem, widziałem, bardzo dobre… dobra rozdzielczość znaczy. I jakość ogólnie.

ja: Tak, robione przez profesjonalnego fotografa.

E: To widać, owszem…

******

Powiedzmy, że jest to jakiś początek.

Ostatnie dwa tygodnie były beznadziejne. Bo bez_nadziei.  Zawieszona w lepkiej mazi, biłam pięściami na oślep przed siebie. Niepewność podżerała mnie od spodu i domagała się jakiejś aktywności. W treningach doszłam do godziny piętnaście w szybkim tempie, aż zaczęły mnie znowu łapać skurcze łydek, tak silne, że od kolana praktycznie nie czułam nóg. Kilka razy byłam o krok od zakupu papierosów, a raz miałam już jednego w ustach. I płonącą zapałkę przed twarzą.

Ale nie.

Bo ja mam siłę. Dużo siły.

Listu na razie nie wyślę. Jeszcze nie czas.

Leave a comment »

Chyba już trochę świruję

Co ostatnio objawiło się napisaniem listu. Prawdziwego, na papierze. List napisałam w sobotę w nocy, na wyszarpniętej z bloku kartce A cztery, wspomagana dwoma kieliszkami czerwonego wina (a moje kieliszki duże są), i tylko dzięki życzliwej opatrzności, co czuwa nad półgłowkami, nie miałam pod ręką ani znaczka ani koperty i listu nie wysłałam. Bo gdybym miała, to teraz ani chybi musiałabym warować pod skrzynką pocztową i oczekiwać pracownika poczty. Najlepiej z bronią palną w celu sterroryzowania. Albo, co gorsza, włamać się nocą do owej skrzynki, a nie jestem pewna czy w pudle mają internet.

Co, wszystko razem, nie oznacza jednak, że listu nie wyślę. No.

A w celu oderwania się od głupich myśli urządziłam sobie wczoraj piknik w towarzystwie imienniczki i czerwonego wina. Piknik się wielce udał, aczolwiek skutek wypadł raczej odwrotny do zaplanowanego.


Leave a comment »

Żebym chociaż

…miała peemesa. To bym mogla na niego zwalić. Melancholię. Końcowe odcinki Seksu w wielkim mieście rzewnymi skropione łzami. Ale nie. Gupiego peemesa nawet nie mam, bo od czasu kiedy biorę owe piguły za 37 euro, to całkiem nic nie mam. Oprócz pięknej cery. I wewnętrznego odrętwienia.

Byłam dziś w solarium. Wcale nie chciałam, po dwóch razach miałam zupełnie dość, a mój tyłek wystarczająco długo przypominał dwa (nieco przypłaszczone) pomidory, ale musiałam iść, bo kupiłam taki ticket, co przy dwóch odbytych razach uprawniał do trzeciego razu gratis, i ten ticket jutro przepadał. To musiałam iść, coby mi gratis nie przepadł. I teraz w całości przypominam pomidora.

I stopy mnie potwornie bolą.

I serce.

I w ogóle.

Leave a comment »