Archive for Kwiecień, 2010

Jeszcze Londyn

Nie pisałam, bo dochodziłam, dochodziłam i dojść nie mogłam. Do siebie.

I nie mogę się zdecydować czy wspominać teraz ten pierwszy bardzo wczesny poranek w Londynie, kiedy obudziłam się wbrew woli, bo mimo całego turystycznego zapału wstawanie o piętej nie leżało w moich zamiarach, cała zakatarzona, zasmarkana, zakichana i z zatkanym nosem, a on spojrzał na mnie półprzytomnie, rozczochrany, i powiedział Tienes frío? Mierdaaaaaa que estás mal!!! I mnie przykrył. I wstał. A ja zapadłam znowu w płytki zasmarkany półsen i zdawało mi się, że tak długo go nie ma, a jak otworzyłam oczy to stał przede mną z parującym kubkiem w ręku i głębokim zatroskaniem w oczach i mówił Herbatkę ci zrobiłem, chcesz? Czy też może wspominać ten ostatni dzień w Londynie, kiedy poszliśmy na Abbey Road obejrzeć pasy, i te pasy były w rzeczy samej tylko zwykłymi głupimi pasami, a my tak świetnie się bawiliśmy obserwując grupki ludzi robiących sobie na tych pasach zdjęcia, koniecznie w czwórkę, i cierpliwych kierowców, którzy się zatrzymywali z życzliwym uśmiechem, i on robił zdjęcia mnie, przechodzącej przez pasy. Albo później, przed domem Szerloka Holmsa, kiedy stałam wniebowzięta obok prawdziwego ichniego policjanta w mundurze, w czapce Szerloka na głowie i jego fajce w dłoni, oraz własnych okularach przeciwsłonecznych na nosie i wyglądałam tak absolutnie kompletnie idiotycznie, a on robił mi zdjęcia zanosząc się od śmiechu. Albo jak jedliśmy sushi z Tesco, bardzo dobre, dzieląc każdy kawałek sprawiedliwie nożem na pół, w doskonałej zgodzie bo on lubił marynowany imbir a ja lubiłam wasabi. I jeden kawałek miał w sobie sałatkę jarzynową z majonezem, przysięgam! Albo kiedy czekałam na niego bite dwadzieścia minut przed sklepem z grami i gadżetami do gier, i rosła we mnie furia, że każe mi tak na siebie czekać, zdecydowana zrobić potężną awanturę tu i taraz na tej ulicy, jak tylko raczy wyleźć, oraz gwałtowne sklęśnięcie furii na widok jego rozjaśnionej szczęściem twarzy. Paaaa, kupiłem sobie kieszonkowe szachy na magnesy! Co za cudny sklep, raj normalnie! Co…? Jakie dwadzieścia, co ty mówisz… oj przepraszam, byłem pewien, że minęło najwyżej pięć minut!

Nie, ja naprawdę całkiem nie wiem, co ja mam myśleć o tym całym Londynie. Poza tym, że dziewczyny tam mają gorące,  chodzą one mianowicie w topach bez ramiączek i krótkich gaciach, podczas gdy ja, wcale nie zmarzluch, mam na sobie dżinsy, krótkie botki, podkoszulkę, sweterek z angory i cienki płaszczyk.

Leave a comment »

It’s London calling

Londyn jest cudowny. Nawet jeśli recepcja hostelu znajduje się w pubie, sam hostel z wierzchu wygląda jak burdel a od środka jak więzienie i mimo to kosztuje prawie tyle co w Polsce przyzwoity hotel. Nawet jeśli mimo pięknego słońca człowiek kostnieje z zimna, bo od Tamizy wieje przeraźliwy wicher. Nawet jeśli w piętrowych autobusach można sobie wybić zęby i połamać wszystkie nogi, bo kierowcy prowadzą z iście ułańską fantazją. Nawet jeśli pizza w Pizza Hut smakuje tak jak wszystko inne w Anglii – mdło.

A ja zastanawiam się całe półprzytomne z niewyspania popołudnie, dlaczego do wszystkich diabłów, cholery i czarnej ospy, skoro taka byłam rozkosznie pewna, że owszem, jest całkiem miło, ale niektóre rzeczy przeszkadzają mi w nim wręcz potwornie i jednak zdecydowanie wolę go przez telefon, teraz tak przeokropnie za nim tęsknię????

Leave a comment »

A nie mówiłam

Dzisiaj piątek.

Jutro sobota.

TA sobota.

Podczas dzisiejszej rozmowy telefonicznej po tkliwej czułości nie było już śladu ni popiołu, a ja wobraziłam sobie przerażająco dokładnie, jak to jutro będzie. Złośliwości. Ironia. Szpileczki, wbijane z precyzją godną chirurga plastycznego. Klepanie po łopatkach. Joł stara, daj grabę kumplu.

Na policzku wyskoczył mi pryszczyk, mały bo mały, ale zawsze.

Wszystko wraca do normalności. Uff. Bo już zaczynałam się czuć nieswojo.

Leave a comment »

Nie ze mną te numery

Gówniarz postanowił zmącić mnie ostatecznie, uknuł w tym celu perfidny plan i zachowuje się ostatnio jak ktoś, komu na mnie zależy. Kogo obchodzą moje stany zdrowia, stany umysłu i stany ducha. Pisze mi mejla o 8.12 w poniedziałek, że właśnie chciał do mnie dzwonić żebym mu opowiedziała jak tam niedzielny występ, ale w obliczu moich ostatnich ciężkich przeżyć pozwoli mi pospać i zadzwoni później. Że dzwonił całą niedzielę, żeby zapytać o występ sobotni, a mnie furt nie ma. Pisze, że mam o siebie dbać i odpocząć. Wziąć gorący prysznic i ciepło się przyodziać. Pisze, że mam się niczym nie martwić bo on się wszystkim zajmie. ODPISUJE MI NA ESEMESY!

Ale nic z tego, nie ze mną te numery. Mnie się na te plewy nie nabierze. Ze spokojem godnym zmurszałego głazu przeczekam sobie ten dziwny stan, a potem sobie pogratuluję, że nie uwierzyłam.

To się nazywa plan.

Leave a comment »

W poprzednich odcinkach

Najpierw poleciałam do Polski, wylądowałam we mgle takiej, że ze środka samolotu nie było widać skrzydła, poleniuchowałam na łonie rodziny nie bardzo stęsknionej, bo przecież zaledwie miesiąc temu byłam w domu, wzięłam udział w uroczystości, z okazji której poleciałam… i wtedy zaczęły się schody.

W czwartek wieczorem pył wulkaniczny załatwił mnie na perłowo. Ugrzęzłam na lotnisku w Gdańsku, przeżyłam dramatyczne chwile, bo leciałam przecież na premierę własnej sztuki!!!! i po odpracowaniu rzetelnego ataku histerii włącznie ze szlochami w telefon, nie pozostało mi nic innego, jak udać się do hotelu i wtedy się zastanowić.

Noc w hotelu, mimo że bardzo wygodnym, nie przyniosła mi snu, ale za to decyzję. Decyzję chwilowego nakichania i naplucia na linie lotnicze ryanair, wypięcia się na wulkan, i powrotu autobusem. Wyjechałam z Gdańska krótko po 17.00 w piątek. Dotarłam do domu krótko po 12 w południe w sobotę. O 14.30 aplauzem i oklaskami przywitali mnie w teatrze moi współaktorzy, pewni że nie dojadę. Około 21.00 stałam na scenie, dumna i blada (ostatnie było niewidoczne pod makijażem), wyniosła w mojej bordowej sukni ze złotym kołnierzem z serwetek pod torty i szczęśliwa jak rzadko. A po przedstawieniu obcy ludzie z publiczności pytali mnie, czy to ja jestem ta co uciekła wulkanowi autobusem aby wystąpić dziś wieczorem. Ze wzruszeniem odpowiadałam wszystkim, że owszem, oczywiście to ja.

Noc z soboty na niedzielę postanowiły urozmaicić mi moje zatoki, połączone z hipotetyczną alergią, więc zamiast spać smarkałam, wstawałam, kichałam, piłam wodę oraz kręciłam się w łóżku w poszukiwaniu pozycji pozwalającej mi oddychać przez nos. Bez powodzenia. Do teatru szłam w tempie zdychającej krowy, zastanawiając się jak ja w takim stanie wystąpię, ale, o dziwo, około 18.00 znikło całe zmęczenie i niewyspanie, worki pod oczami dały się zamalować, i występ niedzielny wypadł nam znacznie bardziej rozrywkowo dla publiczności, mniej natomiast dla nas, bo wypadki typu zaplątanie się grzebieniem w opadającą zasłonkę, potknięcie o kiecę przy wchodzeniu na scenę, przeskoczenie kilku dialogów i skrócenie sztuki o dobre 15 minut do najprzyjemniejszych nie należą.

I tak dwie soboty minęły jak sen jaki złoty, i teraz mogę się całkowicie skupić na sobocie nadchodzącej. Jeśli tylko pył wulkaniczny znowu nie wejdzie mi w paradę, rzecz jasna.

Teraz już wiecie co miałam na myśli pisząc o dzwonie…? A, zielona i niebieska to damy z którymi w Wielki Czawartek (nad)używałam szampana, a uśmiechnięta w kucki przed nimi to Carmen, reżyserka.


Comments (1) »

myśli nieposkładane


Spędziłam dziś absolutnie fantastyczny wieczór wciągając tasiemkę w tunel mojej kiecy, mającej dwa metry w talii. Podczas gdy moja talia ma 62 centymetry, wiem bo zmierzyłam, więc w kiecy czuję się mniej więcej tak, jak bym miała na sobie dzwon. I będę miała fantastyczne bufki przy rękawach, mówiłam już??? I będę się upierać, że są fantastyczne, mimo że uniemożliwiają swą objętością oparcie rąk na dzwonie.

Jutro wybija godzina zero dla pierwszej z sobót.

Znaczy od jutrzejszej soboty jeszcze tylko dwie soboty i znowu spojrzę w ciemne oczy o rzęsach podwiniętych odwrotnie, czyli skierowanych w dół.

Mam nadzieję, że do tego czasu rozwiążę kwestię butów.

Comments (1) »

A dzisiaj na ten przykład

sporą część bezsennej nocy, w przerwach pomiędzy kichaniem i smarkaniem, spędziłam na rozmyślaniach, jakie buty zabrać do Londynu.

I nic nie wymyśliłam.

Ale przynajmniej udało mi się nie myśleć o innych rzeczach.

Leave a comment »