Archive for Luty, 2010

Martwiłam się

I mi przeszło. Chociaż nie wiem czy słusznie. Ale ja nie o tym.

Najgorsze, że mi przeszło, bo on mi napisał, że mam się nie martwić. Napisał mi to 54 razy. I kazał wziąć zeszycik i powtórzyć kolejne 100 razy. Napisał relájate y disfruta el día. I parę innych rzeczy napisał, tak że najpierw chichotałam przed komputerem, a potem chichotałam wdziewając dresiki i biegnąc przez lasek, mimo że do przeczytania mejla, czyli do godziny 9.41 wściekła byłam jak sto diabłów i porzuciłam już ostatecznie pomysł porannego biegania. Potem przestałam chichotać, bo się mi zrobiło pod górkę, ale w środku coś mi nadal chichotało.

I ja nie wiem, czy ja chcę, żeby on mi tak dobrze robił.

Tylko spokojnie, niedługo z pewnością znowu mnie zdenerwuje. I znowu będę rzucać wyszukanymi klątwami. No.

Reklamy

Comments (1) »

K**** prorok??

Rozmawiamy którejś niedzieli. Ja, cała przejęta, opowiadam że byłam biegać, że w lesie, że cudnie, że śnieg topnieje, ptaszki świergolą, słoneczko świeci, i że to powietrze i że godzinę, że pełna energii jestem i że tak dobrze robi…. On wysłuchał cierpliwie i w milczeniu, po czym, tonem złowieszczym, bardziej stwierdził niż spytał I teraz jesteś przeziębiona. Na to ja prychnęłam tylko z pogardą, że phy, że niby JA, przeeziębiona, pff, też mi coś, w życiu się lepiej nie czułam!

Jeszcze tego samego wieczora zaczęło mnie boleć gardło. Dnia następnego do gardła doszedł zapchany nos i zatoki.

Więc się zapytuję jak ten baca z kawału: Prorok kurwa, czy co??

***

Tak mi się przypomniało, bez związku właściwie, bo telefon zadzwonił dziś o 8.23, kiedy właśnie zastanawiałam się niemrawo czy najpierw zrobić kawy czy najpierw poszukać szlafroka. I jakoś od razu bardziej obudzona jestem.

2 Komentarze »

Wszystko przez ten niebieski cień do powiek

Weekend w Bonn wypadł absolutnie zgodnie z przewidywaniami. Na imprezie poznałam uroczego i sympatycznego chłopca, który stanowczo twierdził, że nie mogę mieć więcej niż 26 lat, za co od razu urósł o 100 punktów w moich oczach, sam powiedział, że ma 30, a nieco później, że ma również dziewczynę, i w tym momencie nie wiedziałam czy odebrać mu owe 100 punktów, czy raczej przyznać kolejne za szczerość. Ja się przyznałam do wlasnego wieku bez oporów, mówiąc, że stare ze mnie pudło, na co on odparł, że jego dziewczyna jest jeszcze starsza. Zanim zdążyłam mrugnąć okiem, już słyszałam własny głosik, mówiący wdzięcznie i radośnie, że w takim razie niewątpliwie musi on ostro lecieć na stare pudła. No, i leciał niewątpliwie, w każdym razie na stare pudło obecne na imprezie, co do nieobecnej dziewczyny nie mam zdania.

Poranek dzisiejszy, a nawet południe i popołudnie nie należały do najprzyjmniejszych, dla imienniczki jeszcze mniej niż dla mnie, bo oprócz bestialskiego kaca, który męczył nas obie w równym stopniu, ją gnębiły oprócz tego obawy o wpływ alkoholu na jej postępowanie, kolejny bowiem już raz strasznie się z kimś na ciężkiej bani pokłóciła.

Jeśli zaś o bestialskim kacu mowa, pozwolę sobie zacytować nasz minidialog z godziny 13 w południe, kiedy to imienniczka otworzyła oczy, spojrzała na mnie nieprzytomnie, przypomniała sobie o swojej roli gospodyni  i spytała ze swoim pięknym śpiewnym akcentem, głosem jednakże dość zgnębionym: Querés algo? na co ja odparłam niewątpliwie mniej pięknie, a więcej ponuro: Sí, morir.

Nie umarłam jednakże, imienniczka też nie, jak sądzę, a dla rozweselenia załączam wam zdjątko wykonane wczoraj, w okularach kumpla miłego chłopca, kiedy to, pomijając rzecz jasna okulary, wyglądałam jeszcze całkiem dobrze. Nawet szminkę jeszcze miałam niezjedzoną.

3 Komentarze »

Wy też tak macie???

Tak jak ja czasem mam… Jak miałam ostatnio na przykład, przed moim październikowym wyjazdem nad Jezioro Bodeńskie, kiedy byłam nieprzytomna z nerwów, i Ina mi pożyczała swoją małą walizkę, i nie miałyśmy kiedy się na to przekazanie walizki umówić, i szłyśmy razem do miasta, bo inaczej nie pasowało, z pustą walizką, i ja potem musiałam gdzieś lecieć i nie miałam już czasu, a chciałam jeszcze jeden drobiazg dla gówniarza kupić, i ona kupiła ten drobiazg i miała go zostawić w biurze, razem z walizką, a ja potem odebrać… I poszłam wtedy do tego biura, wieczorem, po kolacji z Manim, która była zresztą czystą stratą pieniędzy, bo z nerwów nie mogłam niczego przełknąć, i w biurze, w walizce czekał na mnie zakupiony drobiazg, oraz babska gazeta z liścikiem od Iny, że to na drogę, żebym nie miała tyle czasu na myślenie… I Stefek był wtedy w biurze, i mnie uściskał mówiąc, że wszystko będzie dobrze… I Mani mnie uściskał.

Albo jak miałam teraz, przed chwilką, kiedy dostałam esemesa od argentyńskiej imienniczki, której w tym roku jeszcze nie widziałam, że jutro fiesta w Bonn i że mam przyjeżdżać, najlepiej już po południu, że Andi gotuje wieczorem, ale przedtem pójdziemy jeszcze na kawkę i wszyyyyyyyystko sobie opowiemy, i że mam przyjechać przygotowana, znaczy z preclem na kaca, bo imreza będzie ostra!

Albo jak mam za każdym razem, kiedy gówniarz mi puszcza swoje idiotyczne czilijskie piosenki folklorystyczne, w których rozumiem co piąte słowo, albo filmy czilijskie, i sam zaczyna wtedy mówić tym dialektem, i mówi, że mnie tam kiedyś zabierze i tak mu się zmienia wyraz twarzy….

Albo kiedy chora byłam i rano dostałam esemesa od Iny, że mam otworzyć drzwi i zajrzeć za próg, i znalazłam na wycieraczce paczkę ze świeżymi bułeczkami i serem, i liścik, że właśnie była w pobliżu i sorry, ale kasy starczyło tylko na jeden gatunek sera…

Albo jak miałam, kiedy innym razem weszłam do biura, po południu w dzień moich trzydziestych urodzin, których nie zamierzałam świętować, zwabiona tam podstępem, niczego nie podejrzewając, i zastałam balony i serpentyny, i wszystkich moich przyjaciół z zimnymi ogniami w dłoniach, patrzących maślanymi oczami na moją osłupiałą i nieprzytomną ze wzruszenia osobę, przyjaciół którzy przygotowali byli dla mnie imprezę niespodziankę…

I wiecie co ja wtedy mam? Uczucie, że wszystko może mi się stać, i mimo to nic mi się nie stanie. Bo ich mam. Moich cudownych, jedynych w świecie, najlepszych przyjaciół.

Leave a comment »

Jako kryminalistce

nie wypadało mi nie pójść na Sherlocka Holmesa.

Poszłam więc.

I zasadniczo mam do powiedzenia jedno: Sir Arthur Conan Doyle ani chybi w grobie się przewraca.

Ja tam bym się przewróciła.

A niezasadniczo to wiem już, co chcę koniecznie zobaczyć w Londynie!

Oby więc znowu padło półczułe i półironiczne Y qué le gustaría ver a la princesa? bo princesa już ma odpowiedź.

Leave a comment »

Jeszcze o karnawale

Naprawdę nie miałam zamiaru o tym więcej pisać, ale widzę wyraźnie, że jestem zmuszona. Ojej, wiem, że karmelowe sznurowane trzewiki na ośmiocentymetrowych obcasach i niewielkiej platformie nie były najodpowiedniejszym obuwiem do mojego stroju Boba Budowniczego, z niebieskim kombinezonem i flanelową koszulą w kratę, ale kurde, rzeczony kombinezon miał potwornie długie nogawki! I to naprawdę żaden powód, żeby mi taka Azadeh wytykała w komentarzach, że w tych butach nie mam wstępu na budowę… Albo pasek, to zupełny przypadek że do cywilnego stroju pasował mi tego dnia ten srebrny, cienki pleciony… Bez żadnego paska w kombinezonie, który wypełniałam sobą zalednie do połowy, dawało się zajrzeć do środka ze wszystkich stron, to musiałam przeciwdziałać, nie? Peruka z Bobem też nie miała wiele wspólnego, ale cały rok czekałam na okazję do włożenia znowu tej peruki, więc jak się w końcu nadarzyła, to musiałam wykorzystać! Chociaż przyznaję, razem z kaskiem, potwornie grzała w głowę. I gryzła jak wściekła. A i pasek kasku musiałam maksymalnie poluzować żeby go wcisnąć na zwiększoną peruką objętość mózgownicy.

No i dobra, WIEM do czego służą klucze francuskie, oraz że NIE służą jako mikrofon. Ani jako otwieracz do butelek. Ani nawet jako przyrząd do drapania się po głowie, tudzież poprawiania przekrzywionego kasku. Ale potrzeba matką wynalazku!

I nie wiem doprawdy skąd te 30 komentarzy na fejsbuku. Ludzie to problemów nie mają, no.

Leave a comment »

O karnawale

już pisałam i nie zamierzam się powtarzać. Nie zmienił się również mój osobisty stosunek do owego.

Ale imprezy ostatkowej w kameralnym gronie se nie podarowałam.

Alaaaaaaaaaaf!


Byłam Bobem Budowniczym

(na zdjęciu nie widać mojego srebrnego paska, którym przepasałam portki, i z którego nabija się teraz pół fejsbuka, trochę nie pasował do Boba, fakt, ale nie miałam wyjścia, takich małych Bobów producent portek bowiem nie przewidział)

Ale Stefek w roli perwersyjnego starego pryka też był niezły. Na zdjęciu nie widać szelek.

Leave a comment »