Archive for Styczeń, 2010

Piękna pani Meluzyna

W każdy piątek z moim kumplem Pawłem prowadzimy patriotyczne rozmowy w ojczystym języku. Rozmowy wyglądają np. tak:

P: Wiesz kto to Małgorzata Ostrowska?

ja: Za idiotkę mnie masz, czy co?

P: No co, ty dużo rzeczy z Polski nie wiesz… (Owszem, fakt, nie znam na przykład cytatów z Psów, z Karguli i Pawlaków, z Vabanku, wczesnych piosenek Big Cyca też często nie znam) To jaki był jej największy hit?

ja: Czekaj, czekaj, nie mów…. Coś ze szklanką… Już wiem, „Szklana pogoda”!

P: No… A Meluzynę znasz? Z „Podróży Pana Kleksa”?

I właśnie ta Meluzyna, którą zapodałam sobie patriotycznie i wspomnieniowo, bo ją wyjątkowo, choć dość mgliście znałam, oprócz wspaniałego makijażu pani Małgorzaty w rzeczonym teledysku, zachwyciła mnie uniwersalną głębią tekstu. I to wcale nie ironia, niestety.

Ale miłość, moi mili, jest nieczuła na mądrości

I dla jednej wspólnej chwili zapomina o śmieszności (…)

Meluzyno, Meluzyno, porzuć płonne swe nadzieje,

odpłyń własną limuzyną, świat się śmieje, świat się śmieje.

****

Mnie tam limuzyny brakuje.

Comments (1) »

Be stupid

A ja się czuję rozdarta, niczym ta sosna z lekcji polskiego.

I najchętniej bym uciekła w Rodopy.

Zamiast tego siedzę na tyłku i czekam. Na lepsze czasy czekam, bo przecież kiedyś przyjdą, nie?

Leave a comment »

Hardkor

Umówiłam się dziś z Iną. Jednak zamiast umówić się jak normalni ludzie na kawę, na piwo albo nie wiem, na kartofle z kwaśnym mlekiem, myśmy się umówiły na bieganie. Rundkę dżogingu, mówiąc językiem światowym.

Jak o 19.30 wyszłam z pracy i zostałam bez mała zdmuchnięta z powierzchni planety, spojrzałam w niebo, po czym rzekłam do mojego kolegi Pawła kurwa Paweł, toż to śnieg prószy, wiedziałam już, że to raczej nie będzie dobrze. W drodze do domu prawie musiałam się trzymać słupów i latarni, zadzwoniłam więc do Iny po szczęśliwym dotarciu na miejsce i wyraziłam stosowną wątpliwość. No cooooooooo ty, jaki śnieg?, powiedziała Ina, która od kilku godzin nie wychodziła z domu. Prawdziwy dżoger biega w każdą pogodę! Okej, nadepnięcia na honor dżogera nie mogłam rzecz jasna darować, umówiłyśmy się więc, że za pół godzinki będzie u mnie.

Jeeeeeeezu, co to był za hardkor!! Prószący przedtem łagodnie i nieszkodliwie śnieżek przemienił się w międzyczasie w siekący wichrem drobny deszcz, a kto wie, może i grad, który do tego natychmiast zamarzał, po terenie pochyłym zjeżdżałyśmy więc jak na nartach, bez przebierania nogami, wrzeszcząc przy tym zgodnym chórem, bo kierunek zjeżdżania określał się sam, bez naszego udziału. Przy terenie pod górkę usiłowałyśmy wprawdzie przebierać nogami, nie powodowało to jednakże poruszania się do przodu. Zimna nie czułyśmy nic a nic, i wcale nie za sprawą kilku warstw odzieży, a za sprawą emocji, mało tego, pot po nas spływał!

Wytrzymałyśmy tak całe trzy kwadranse. Myślę, że flagę dżogerskiego honoru mogę nieść wysoko.

A tak wyglądałam po powrocie.

Leave a comment »

Nie to, żebym nie miała innych problemów.

Bo mam. Wczoraj na ten przykład, nie poszłam na pracowe zebranie, bo się we mnie studentka odezwała i musiałam protokół spłodzić, uprzejmie służę tematem owego, Questio 75 w Summa teologica autorstwa Tomasza z Akwinu. Czyli O naturze duszy, jakby ktoś nie znał na wyrywki dzieł Tomasza. Głupio tylko, że w kwesti natury mojej własnej rodzonej duszy, jakoś mało mi pomógł. Nie poszłam zatem, mówię, bo mię przykuło na amen do krzesła, komputera i notatek, tyle mojego, że poszłam wcześnie spać, ale tym takoż nie cieszyłam się długo, bo o ósmej rano zostałam esemesowo zawiadomiona przez zdenerwowaną Inę, że Mani i Stefek mieli wczoraj gwałtowną dyskusję, jeśli wolno mi się posłużyć eufemizmem, oraz zapytana, czy w obliczu mojej wszem i wobec znanej przyjaźni z Manim, ja coś wiem. Nic oczywiście nie wiedziałam, spałam bowiem martwym bykiem, i tak naprawdę to nadal nie wiem, bo nie udało mi się dociec, dlaczego Mani miałby się ze mną konaktować w obliczu kłótni ze Stefkiem. Mam serdeczną nadzieję, że chodzi tylko o pokrewieństwo poglądów, równie dobrze znany jest bowiem fakt, że mnie także Stefek często gęsto działa na nerwy, czemu daję głośny wyraz. Używając kolejny raz potężnego eufemizmu.

Że nie wspomnę o egzaminach, których mam sztuk dwie, z czego jeden już za tydzień, z hebrajskiego, i jedynym pocieszającym elementem jest tu fakt, że jest pewnym i wiadomym, iż tekst do przetłumaczenia będzie z księgi Rut. Znaczy mam tydzień żeby się księgi Rut nauczyć na pamięć, tak?

Więc problemy, jak widać, posiadam.

A mnie gnębi tylko i wyłącznie kwestia mandarynek, oraz zagadnienie, czy na fejsbukowej tablicy wypada wypisywać rzeczy, które ja wypisuję, a które z mandarynkami mają związek. Aczkolwiek nie tylko z mandarynkami i tu leży pogrzebany cały zwierzyniec. Na ten temat koresponduję już z gówniarzem od tygodnia dokładnie, kiedy to popełniłam owy niewypadający wpis na ścianie tegoż, a on go nie zrozumiał i zażądał wyjaśnień. Dyskusja nabiera rumieńców, przeniosła się już z Oslo z powrotem do Konstancji, i wygląda na to, że niedługo zapomnimy, o co tak naprawdę chodzi, a świat zaczną wypełniać mandarynki.

Na marginesie i w ramach dygresji dodam, że dostałam dziś od gówniarza kartkę z tego Oslo, na której było wszystko, głównie nieczytelne bazgroły, a brakowało… mojego nazwiska. Kartka leżała więc sobie na gzymsiku koło skrzynek, bo adres był i się zgadzał i wszyscy lokatorzy ją sobie oglądali. Całe szczęście, że była po hiszpańsku, chociaż w sumie to gryzmołów i tak prawie nie dawało się odczytać.

Leave a comment »

Relacjonując porządnie

nie mogę nie zrelacjonować, że wczoraj znowu spędziłam szalenie rozrywkowy wieczór. Tym razem w gronie prawie zupełnie ściśle babskim, jeśli nie liczyć narzeczonego mamy Iny (Tu nasuwa mi się dygresja, mianowicie opowiadałam coś gówniarzowi w trakcie kurwa przygody, a on patrzył na mnie przez cały czas opowieści wzrokiem boleściwie potępiającym, aż w końcu powiedział Mari, na litość boską, nie mów „narzeczony mamy Iny”, bo mnie się to jakoś całkiem wbrew naturze kojarzy… Powiedz „partner”, alboco, bo jak mówisz „narzeczony” to mi się coś w środku robi… Opinii wprawdzie nie podzielam, ale mogę ją zrozumieć, zawsze byłam potwornie pełna zrozumienia. Koniec dygresji). Siedziałyśmy więc, mówię, w gronie prawie babskim, u Iny w kuchni, w składzie samej Iny, jej mamy, partnera tejże, dwóch współlokatorek Iny oraz mojej skromnej osoby i piłyśmy szampana. Nie w znaczeniu Dom Perignon, a w znaczeniu wina musującego. Partner mamy Iny pił wodę z kranu, Iny współlokatorka o imieniu Aline wypytywała go nietaktownie i nachalnie o jego dzieci i ich związki uczuciowe, my zaś wpatrywałyśmy się w oboje z niezdrowym zainteresowaniem, oczy nam latały jak przy meczu tenisa, bo Aline rzadko bywała w takim stanie, a niewątpliwy wpływ na stan miał fakt, że stojąca na stole otwarta butelka szampana była czwartą z rzędu. Osobiście w konsumpcji zawartości trzech poprzednich butelek nie brałam udziału, bo przyszłam później, Iny mama wraz z partnerem też przyszli później, bo wcześniej byli w saunie, i na stronie udało mi się dowiedzieć, że większość owej zawartości wytrąbiła Aline. Co dało się zauważyć. Kiedy atmosfera stała się nie do wytrzymania, a na stole pojawiła się piąta butelka, mama Iny pośpiesznie oświadczyła, że oni są strasznie zmęczeni, uuuuuf, ta sauna straaaaaasznie sił witalnych pozbawia, i idą spać, a my możemy robić co chcemy.

Pojechałyśmy więc taksówką do centrum, teraz już w gronie ściśle babskim, uboższym o mamę Iny i jej partnera, bez powodzenia wykonałyśmy kilka prób zlokalizowania koleżanki Aline o imieniu Linda, aż w końcu wylądowałyśmy w szykownej knajpie, zaludnionej czarnymi facetami na żel, w marynarkach i tiszertach z dekoltem w serek oraz bląd laskami ze sztucznymi pazurami i w szpilkach na bosych stopach, gdzie towarzystwo uległo dyspersji, z Iną bowiem utknęłyśmy na mur przy barze i przy szykownym napoju składającym się z szmpana i sorbetu z mango, pogrążone w konwersacji na tematy męsko-czilijskie, a Aline z Kathrin, współlokatorką numer dwa, zaczęły podrywać didżeja.

Wieczór potrwał zaledwie do 3 nad ranem, a ostatnim wydarzeniem przed opuszczeniem szykownej knajpy i udaniem się do taksówki, było wspięcie się przez Aline na drabinę prowadzącą do stanowiska didżeja i wręczenie mu kartelucha z numerem telefonu. Co wprawiło mnie w niekłamany podziw, bo sama do takich czynów nigdy w życiu nie byłam zdolna, niezależnie od ilości wypitego szampana.

A tak wyglądałam uczesana, jakby kogoś interesowało.

Leave a comment »

Endorfinas en la mente

Uroczyście wstałam dziś po jedenastej, wyspana jak rzadko, uroczyście spożyłam lekkie śniadanko, uroczyście wygrzebałam z otchłani szafki buty do biegania, mniej już uroczyście a więcej z irytacją przerzuciłam kupy ciuchów w poszukiwaniu spodni do biegania, klnąc przy tym całkiem niedużo, oraz całkiem nieuroczyście przypomniałam sobie, że, cholera, odtwarzacz empetrójek przepadł mi w drodze powrotnej z mojej kurwa przygody. A konkretnie zostawiłam go w autobusie jak ostatnia idiotka, chyba dla przypieczętowania koszmarnego pecha, i stwierdziłam stratę zaraz po opuszczeniu tegoż, ale postanowiłam się nie denerwować, bo przecież nie powieszę się przez głupi odtwarzacz empetrójek, w dodatku niewygodny, bo fanaberyjnie traktujący niektóre formaty. I nieodtwarzający ich wcale.

Zdenerwowałam się więc teraz, bo odtwarzacz wydał mi się niezbędny, niechby nawet wszystkiego nie odtwarzał, i uroczysty nastrój mi nieco zdechł. Nie na długo, przypomniałam sobie bowiem że z urządzeń elektronicznych posiadam również komórkę, a w niej radio. Słuchawki znalazłam już po kwadransie poszukiwań, znalazłam również lokalną stację z mojego miasta, która mówiła wprawdzie, że niebo zachmurzone, a mnie słońce świeciło w plecy, ale muzykę dawali dobrą.

Jacie, ale było fajnie! Biegłam sobie przez las, ślizgając się nieco na pozostałościach lodu na ścieżce, słoneczko świeciło, radio mówiło, że pochmurno i będzie padać, czapka zsuwała mi się na oczy, zaplątane w sznurówkach klucze od mieszkania z lekka podzwaniały breloczkiem, a ja byłam szczęśliiiiiiiiiiiiiiiiiiwa! Tak zwyczajnie.

Leave a comment »

Dziś piątek

Spałam trzy godziny z małym hakiem, o 10.46 mam już w sobie również trzy kawy, nie mam natomiast kaca, mimo że powinnam. Powyższy stan posiadania jest wynikiem mojego szmpańskiego humoru z wtorku, kiedy to beztrosko obiecałam co najmniej siedmiu osobom, że tak, oczywiście że przyjdę na salsa-party w czwartek, i nie, nic nie szkodzi że w piątek o ósmej mam zajęcia, a potem muszę do pracy, oraz że właściwie nie znoszę salsy.  Słowo się rzekło, kobyłka u płota, i na imprezę trza było iść. Poszłam więc i nie żałuję, bo złapałam wreszcie, jak się robi te różne figury, całe szczęście nie ja je muszę robić, a partner, ja muszę tylko dać się wykręcać i uważać którymi rękami i z której strony mam się znowu dać złapać i przywrócić do pozycji wyjściowej, oraz jak się nie zgubić i nie wypaść z rytmu po figurach. Całkiem prosto, mówię wam, szczególnie po trzech piwach. Dziś nieco mnie bolą mięśnie talii, możliwe że głównie od perlistych salw śmiechu, bo droga do złapania figur była raczej wyboista, ale w obliczu trzech godzin snu to już sama przyjemność.

Poza tym to się wczoraj uczesałam, znaczy tak naprawdę, grzebieniem, i zrobiłam se gładki przedziałek na środku globusa. I już po pierwszym piwie zaczęlam witać wszystkich ufnymi słowy Me he peinado hoy, se ve?????

Leave a comment »