Archive for Grudzień, 2009

Co ma wisieć nie utonie

A więc: AHOJ PRZYGODO!

A kwestia właściwych ramion wyjdzie w praniu.

Reklamy

Leave a comment »

Pucu pucu glancu glancu

Mój świąteczny podryg, czyli wdzięczne pląsy z mopem, zakończył się zepsuciem mopa. Dobrze, że było to w etapie końcowym podrygu i w sumie tylko łazienkę musiałam wyszorować na kolanach, a podłoga w łazience, na szczęście dla moich kolan, ogromem raczej nie przeraża.

Poza tym wpadam sobie ze skrajności w skrajność i tym sposobem już nikt mnie nie rozumie i nie ogarnia dlaczego w jednej chwili jestem cała podekscytowana i w skowronkach, a w drugiej rzucam ciężkimi klątwami i reaguję zupełnie niezrozumiale. Ja właściwie też nie ogarniam, i nawet na peemesa zwalić nie mogę. Argentyńska imienniczka była w poniedziałek z wizytą, wstawiłyśmy się nieco grzanym winem, i udało mi się sformułować zupełnie genialną myśl, że ja sobie po prostu wymyślam historię, po czym sama w nią wierzę. A reaguję jakby historia była faktem znanym wszystkim dookoła, podczas gdy ona jest znana jedynie najciemniejszym zakamarkom mojego umysłu. Co do prawdziwości natomiast, to nigdy nie wiadomo, ale zawsze istnieje możliwość, że mi się na starość zdolności nadprzyrodzone ujawniają.

I cieszę się już na podsumowanie roku, bo jako że ten blogasek wkrótce rok ukończy, wszystkie jego wzloty i upadki, roku nie blogaska, mam zapisane czarno na białym!

A teraz chyba pójdę pozbierać porozrzucane wszędzie ścierki i gąbki. Bo jakoś efekt mi psują.

5 Komentarzy »

Odkrycie dnia

Mimo, że wszędzie gdzie nie trzeba są ślady kleju, wszystkie zdjęcia są przycięte niemiłosiernie krzywo, pomiędzy nimi prześwituje tu i tam białe tło, a każde, nawet najmniej wymagające poczucie estetyki dostałoby drgawek czy innej epilepsji gdyby zobaczyło mój kolaż od tyłu, odkryłam, że własnoręczne wykonanie prezentu to źródło wielkiej frajdy. Oraz dumy. Oraz wzruszenia.

Teraz tylko kciuki trzymać, żeby adresatce się spodobał, no.

Bo ten rok nie był łatwy dla naszej przyjaźni. Ale mimo wszystko jeszcze jesteśmy. A trawa jest zielona jak nigdy.

2 Komentarze »

Nienawidzę tego uczucia

Obrzydliwej, dławiącej guli w gardle i w żołądku. Mdlącej niepewności. Zazdrości? A może jednak pewności? Przeczucia? Przekonania?

Esta duda, esta certeza.

Ach cholera psiakrew.

A ja tylko chciałam przywitać Nowy Rok we właściwych objęciach.

Comments (1) »

Jeszcze nie kac.

Drodzy przyjaciele i czytacze, w momencie, w którym piszę te słowa, jest godzina krótko po szesnastej, sobota, a ja mam jeszcze ciągle jakieś milion promili alkoholu we krwi. Odczuwalny milion. Coś jak minus pięć na zewnątrz, odczuwalne minus dwadzieścia. Więc kaca jeszcze nie mam, bo żeby mieć kaca, to trzeba najpierw wytrzeźwieć, nie?

Imprezę wigilijną niemniej jednak przeżyłam, nie wyrżnęłam się na ośnieżonym chodniku ani w drodze tam, ani w drodze z powrotem, co, szczególnie z powrotem, o siódmej rano, było nie lada wyczynem, nie przegrałam ani razu w kultywowanej przez nas z nabożeństwem pijackiej grze karcianej 4 Kings (w której każdy najmniejszy błąd i wypaczenie karane są piciem, jasna sprawa, ale której przegranie, czyli wyciągnięcie czwartego króla, kończy się już szczególnie boleśnie. Wiem z doświadczenia, bo dawno temu sama wyciągnęłam czwartego króla dwa razy pod rząd, i całe szczęście, że nie pisałam wtedy jeszcze bloga, bo doprawdy nie wiem, jak można byłoby opisać mój stan w sposób zabawny), Sweet child of mine (nie w sensie dzwonka mojego telefonu tym razem) oraz Kite nie tylko wysłuchałam, ale nawet pełną piersią wyryczałam, w duecie ze Stefkiem zresztą, jakieś dwadzieścia pięć tysięcy razy, całkiem sporo czasu zużyłam na wyszorowanie obecnych na imprezie grili do raclette, sztuk trzy, plus patelenek do tychże, sztuk osiemnaście, i ogólnie spędziłam szalenie rozrywkowy wieczór.

Jeśli zaś chodzi o głębokie przemyślenia, to doszłam do wniosku, że ja moich współpracowników kocham szczerze i oddanie, że czuję się częścią grupy, ważną częścią, bez której całość nie działa tak jak powinna. I powiem Wam, że to jest fantastyczne uczucie.

Leave a comment »

Taka karma

W wyniku jednego, wysłanego w trosce i dobrej wierze esemesa całe moje świąteczno-noworoczne plany wzięły w łeb i przybrały całkiem inną postać. Niewyraźną. I teraz na dwoje babka wróżyła, albo spędzę ten czas fenomenalnie albo katastrofalnie, nic pomiędzy nie wchodzi w grę.

W związku z powyższym, a powyższe miało miejsce w poniedziałek, gdy przyszłam dziś do pracy, z mojego wnętrza wydobywał się jedynie wściekły gulgot. Pogulgotałam trochę do szefowej bo rację miałam, odrobinę mi przeszło bo szefowa mi rację przyznała (a byłam już gotowa iść na barykady!), i zastanowiłam się w końcu czy będę tak gulgotać cały dzień do klientów, czy jednak zdecyduję się opanować nieco i użyć ludzkiej mowy. Decyzja przyszła mi całkiem łatwo, bo takie gulgotanie wyczerpuje, a ja mimo wszystko śmiem twierdzić, że jestem raczej pogodnym typem człowieka, aczkolwiek nie upieram się, że wszyscy muszą się z tym zgadzać, i sama wolę być z nastroju nieco lepszym niż w tym nieco gorszym. Lub całkiem złym. Klienci wysiłek docenili, gulgotanie odeszło w niepamięć, i wszystko byłoby okej, gdyby te plany się jednak w końcu uwyraźniły.

A jutro wigilia w gronie moich ukochanych współpracowników, myśl o której podnosi mi nieco włosy na głowie, bo z większością współpracowników, poza zawodowymi, łączą mnie różne inne więzy i namiętności, i która w ubiegłym roku zakończyła się katastrofą godną Dynastii, W kamiennym kręgu i Mody na sukces razem wziętych, w której to katastrofie wzięłam czynny osobisty udział, a nawet możliwe że ją sprowokowałam. I bardzo bym nie chciała żeby w tym roku skończyła się podobnie. Amen.

Leave a comment »

Buuuuuuuu

Siedząc sobie w pracy z interesentem, z którym na domiar złego musiałam rozmawiać po angielsku (gwoli wyjaśnienia, nigdy się tego języka nie uczyłam, nie znoszę go serdecznie i namiętnie, a jednak jakimś cudem rozumiem, i jeszcze większym cudem czasem mogę nawet coś powiedzieć, ale wrażenie akustyczne i gramatyczne jest pożałowania godne), i gapiąc się baranim wzrokiem w plan miasta, w którym mieszkam od 6 lat, musiałam dojść do smutnego i samokrytycznego wniosku, że beznadziejny ze mnie przypadek. Szukając bowiem na wyżej wymienionym planie kliniki uniwersyteckiej, o której wiem, że jest i nawet wiem gdzie i jak tam dojechać, bo kilka razy byłam już zmuszona wizytować przybytek, nie byłam w stanie nawet określić kierunku, w którym parszywej kliniki powinnam szukać.

I jak ja tu się mam w życiu orientować, się pytam????

I potem się mnie gówniarz pyta z przekąsem, jak ja po tej piątkowej imprezie sama do domu trafiłam. A ja się nawet nie oburzam, bo wrodzone poczucie sprawiedliwości mówi mi, że pytanie jest całkowicie uzasadnione.

I dusza mi znowu farmazony opowiada, uuuuuuuuu fantazję to ona ma że hoho, ta moja dusza! I wiesza się kurczowo na tym tengo la sensación de que nos vamos a ver antes de mayo…


2 Komentarze »