Archive for Sierpień, 2009

Klątwa jeszcze nie przełamana

Nie ma siły, za każdym razem jak wracam z Polski autobusem i postanawiam opuścić go wcześniej, aby zmienić środek transportu i nie jechać trzy godziny opłotkami, a godzinę dwadzieścia prostą drogą po torach, mojemu pociągowi na bank coś się dzieje. No i na ten przykład w dniu dzisiejszym działo się nie konkretnie pociągowi, a mojemu odcinkowi torów, na którym to odcinku ktoś postanowił zakończyć swój żywot na tym padole łez. I w wyniku decyzji kogoś, pociąg skierowano na najbardziej okrężną z dróg, potem czekaliśmy aż przeczepią lokomotywę, bo droga była na tyle okrężna że w pewnym momencie jechaliśmy że tak powiem z powrotem, jeszcze potem czekaliśmy przepuszczając pociąg dalekobieżny, i takim sposobem autobusu znowu nie wyprzedziłam. A szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że pociąg jechał do stacji docelowej bez zatrzymywania, a ja do docelowej właśnie chciałam.

No dobra, powiem, bo wiem że czekacie, więc bez bryli jechałam, bez soczewek takoż, a świat oglądałam nowiutkimi, świeżo zlaserowanymi oczkami. Wyraźnie oglądałam. A więcej na ten temat w następnym odcinku.

PS Za kciuki Wam dziękuję. Bardzo bardzo!!

PS2 A jak przyjechałam, od razu położyłam się do łóżka. Wcale nie po to żeby spać. Tylko po to żeby zobaczyć czy widzę godzinę na budziku! I wiecie co? WIDZĘ!!!!!!

Reklamy

Leave a comment »

Bez żartów, moi drodzy

Kto sobie przypomni, niech pomyśli o mnie w piątek o godzinie 18.00, bo w ten dzień o tej godzinie będę leżała pod laserem, trzęsąc się ze strachu i wybałuszając gałki oczne w kierunku ehm, światła.

Pojawię się tu pewnie dopiero we wrześniu, więc od piątku poczynając, możecie poświęcić mi z jedną zdrowaśkę dziennie na poczet rekonwalascencji, hyhy.

A od Iny dostałam wczoraj w prezenie następujące przedmioty: setkę wódki Gorbaczow na stres przedoperacyjny, breloczek do kluczy w kształcie prosiaka dzierżącego w garści czterolistną koniczynę w celu przyniesienia szczęścia podczas operacji, oraz flaszkę szampana na świętowanie sukcesu pooperacyjnego. Nie będę się więc zastanawiać nad głębszym znaczeniem faktu, że dwie trzecie prezentu to napoje wyskokowe, a zamiast tego, w nadziei że prosiak razem z koniczyną staną na wysokości zadania, skupię się na szczęśliwym przejściu do etapu z szmpanem. Prost!

3 Komentarze »

Teamfahrt 2009, czyli Mari i kompania pod namiotem

Najpierw okazało się że wcale nie musimy gonić autobusu, bo jeden z kumpli, zamierzający początkowo jechać po południu, zaofiarował się poczekać na nas z samochodem. Moi współpracownicy, zestresowani i zgnębieni doszczętnie przez moją, ględzącą o namiotach, jeziorach i kampingach osobę, pospieszyli się wyjątkowo i z roboty wyszliśmy wszyscy o 19.20, a o 19.28 ruszaliśmy wesoło z parkingu, mimo początkowych niewielkich trudnosci z wepchnięciem wszystkiego co niezbędne do auta. Zabłądziliśmy zaledwie dwa razy i już niewiele po dziewiątej siedzieliśmy wszyscy przy grilu i piwie. Po posiłku i piwie numer dwa, grzejącym od środka, jak bumerang wróciła idea nocnej kąpieli w jeziorze, mimo temperatury zgoła nietropikalnej. Około godziny jedenastej, w absolutnych ciemnościach i przy zimnym wietrze, pocieszając się wzajemnie, że woda jest cieplejsza niż powietrze, potykając się o kamienie i o siebie nawzajem, powolnym kurcgalopkiem udaliśmy się w stronę jeziora. No i owszem, woda była wprawdzie ciepła, ale wicher, który nas owiał jak z tej wody wyszliśmy, jako łagodna ciepła bryza określić się nie dawał przy największym wysiłku. Szczękając rozgłośnie zębami, nie znaleźliśmy innego sposobu na rozgrzanie jak ustawić się w ciasnym kręgu nad jeszcze tlącym się grillem, włożyć na siebie wszystkie ciuchy jakie mieliśmy ze sobą i wypić tyle piwa na przemian z Jägermeistrem ile damy radę. Wytrzymaliśmy tak do trzeciej w nocy, za zakłócanie ciszy nocnej zostaliśmy upomnieni tylko raz i bez większego nacisku, a następnego poranka obudziliśmy się przed dziewiątą, nie bardzo wyspani i, o dziwo, nie bardzo skacowani. Spędziliśmy cudny dzień, wymoczyliśmy się jak nigdy, pływaliśmy na deskach oraz na piechotę, nauczyłam się wiosłować oraz stawać na desce, po tym jak niezliczoną ilość razy z niej spadłam, odmówiłam nauczenia się skakania na główkę, odnotowałam niebagatelną liczbę siniaków, ran ciętych, kłutych i szarpanych oraz zakwasy WSZĘDZIE i ani razu nie pomyślałam o mojej zbliżającej się operacji narządów ocznych. Wróciliśmy padnięci, najedzeni jak bąki, z lśniącymi oczami i nie mniej lśniącymi twarzami, od potu znaczy i kremu do opalania oraz po opalniu, absolutnie szczęśliwi.

DSCN4066

Leave a comment »

Hmmm

Dzień był gUpi. W zasadzie. Miałam na nogach trampki, które wprawdzie wyglądają bardzo cool, ale masakrycznie cisną mnie w palce, w pięty, w podeszwy i w wierzchy, czyli ogólnie wszędzie, i które nie wiem jakim lichem podkuszona włożyłam byłam. I to już nastroiło mnie źle do dnia, który miałam spędzieć pracując na stojąco. Potem pracowałam, owszem, na stojąco, zaciskając zęby w nielicznych chwilach, kiedy miałam czas sobie o tym przypomnieć. Na koniec pracy udało mi się uzyskać świętą obietnicę, że będę mogła jutro zmyć się o 19.30, aby złapać o 20.15 ostatni autobus w kierunku pobliskiego jeziora, co z kolei oznacza że mój kumpel Sascha nie będzie musiał zatrzymywać autobusu przemocą. Bo ja tym autobusem poprzysięgłam pojechać cokolwiek by się stało. A to wszystko razem znowu oznacza, że jutrzejszą noc spędzę w namiocie, nad wyżej wymienionym jeziorem, a pod rozgwieżdżonym niebem, w towarzystwie moich ukochanych przyjaciół, na naszym corocznym wspólnym kempingu. I że w sobotę włożę cholerne bikini, pierwszy raz w tym roku.

A kiedy dokuśtykałam do domu, pirzgłam w kąt parszywe trampki, otworzyłam flaszkę mixu piwa zbożowego z napojem grejpfrutowym, będącego ostatnio moim ulubionym napojem, usiadłam przy biurku, położyłam nogi na tymże i wybrałam numer komórki (ko-mór-ki, całkiem normalnej) gówniarza, i usłyszałam że czekał na ten telefon, ciepło rozlało się po moim wnętrzu, a świat zrobił się nagle całkiem przyjemny i przyzwoity. I z kronikarskiego obowiązku odnotuję jeszcze, że dziś był w okularach dzień dziewiąty, 7 to go.

Leave a comment »

Rozmowa (już nie) przez ocean, część kolejna

Ja: (tonem płaczliwym) …i już wytrzymać nie mogę, nie myślę prawie o niczym innym, zwariuję pewnie niedługo do reszty, tak bardzo nie mogę się tej operacji doczekać!!!

E: Iiiiiii, a ja myślałem, że powiesz, że nie możesz się doczekać aż mnie zobaczysz…

Ja:

E: (nagle zaniepokojony) No dobra, Ty, ale koloru oczu chyba Ci ta operacja nie zmieni, co????

DSCN0536

PS W okularach dzień szósty, 10 to go.

Leave a comment »

Wzruszyłam się

Fejsbukowym komentarzem do zdjęcia przedstawiającego mój tatuaż. Tatuaż jest dość mały, ma formę słońca i znajduje się dość nisko na mym kręgosłupie, a zdjęcie ma 10 komentarzy, z których każdy jest głupszy od poprzedniego i zawiera supozycję na temat jego celu i zastosowania. Tatuażu nie zdjęcia. Są więc opinie że jest to śrubka, wentyl, którym się mnie nadmuchuje i temu podobne, ale najbardziej przypadła mi do gustu prozpozycja gówniarza, że jest to guzik, którym się mnie resetuje. Wyżej wymieniony komentarz wzruszający jest rozwinięciem tego gówniarzowego, a jego autorem jest Kenny, mój ukochany trzeci muszkieter. Poniżej wersja oryginalna w najczystszym czilijskim (dla tych co znają hiszpański) oraz moje tłumaczenie:

…o quizás lo del botón para resetearla sea verdad y la Mari sea una robot, eso explicaría por qué habla tantos idiomas, toma tanta cerveza y vodka y no se emborracha, baila tanto y no se cansa, le tiene mala algunas personas sin conocerlas (su sentido robótico), pero es muy tierna con los que le tiene buena onda, eso sí, esta versión del robot tiene sus fallas como; que no sabe cocinar, barrer, y el chip de idioma castellano lo tiene en versión coño, bueno la idea sería resetearla y que hablara en chileno para mejorar la versión. Enrique, cuando la veas, resetéala, ok?

… a może to z tym guzikiem do resetowania to i prawda i nasza Mari jest robotem, to by tłumaczyło dlaczego zna tyle języków, potrafi wypić tyle piwa i wódki i się nie upić, tyle tańczyć i się nie zmęczyć, nie lubi niektórych osób mimo że ich nie zna (jej szósty zmysł robota), ale dałaby się pokroić za tych, których lubi. Fakt, że ta wersja robota ma i swoje wady, na przykład że nie potrafi gotować ani sprzątać, a czip języka hiszpańskiego ma zainstalowany w wersji coño (czyli w europejskiej wersji hiszpańskiego – przyp. tłumacza, hyhy). Więc teraz chodzi o to żeby ją zresetować i żeby zaczęła mówić po czilijsku by ulepszyć wersję. Enrique, jak ją zobaczysz, to ją zresetuj, ok?

I to jest chyba jedna z najbardziej trafnych charakterystyk mojej osoby.

2 Komentarze »

Czwarty dzień w okularach

12 to go.

Pomału dostaję kręćka, moje myśli bowiem krążą jak oszalałe wokół dwóch tematów.

A 600 kilometrów w normalnym telefonie brzmi jakoś inaczej niż 13 tysięcy w skajpie. Nie wiem jeszcze czy lepiej, czy gorzej, ale inaczej.

I boję się okropnie.

Leave a comment »