Archive for Lipiec, 2009

Dziś nie jest mi wesoło

I wcale nie dlatego że egazmin z hebrajskiego poszedł mi tak jak mi poszedł, bo zwyczajnie nie spodziewałam się że pójdzie mi inaczej.

Jest mi smutno, nawet bardzo, bo dziś ostatni raz piłam strawberry margarita z moją ukochaną Reyes. Z moją dobrą wróżką, moją muzą, najlepszym wykładowcą z jakim kiedykolwiek dane mi było mieć zajęcia (a miałam okazję oceniać wielu w mojej podwójnej karierze studentki), i całkiem zwyczajnie jedną z moich najlepszych przyjaciółek.

I dziś bardziej niż kiedykolwiek mam wrażenie że moje życie składa się z pożegnań. I nie wiem co bym zrobiła gdybym nie wiedziała z całą pewnością, i z całym przekonaniem nie wierzyła, że po niektórych pożegnaniach następują reencuentros. A świat robi się taki mały gdy ma się przyjaciół w najdalszych jego zakątkach.

Reyes, Big Apple is waiting for you!

5254_518831251260_40900895_30938508_2190046_n

Leave a comment »

Spis niewątpliwych nieszczęść na dziś

1. Leżałam dzisiejszego poranka na balkonie, w niebywale przytulnym legowisku złożonym z koca i licznych poduszek, otoczona kubkiem z kawą, szklanką z sokiem i spisem hebrajskich słówek, gdy spadło na mnie krzesło. Plastikowe, złożone i oparte o ścianę. Spadło, i wylądowało dokładnie na moim czole. Zainteresowanych informuję, że o dziwo nie mam guza. Może dlatego że zaraz zrobiłam sobie okład ze szklanki z sokiem.

2. Już drugi raz z rzędu grzmotnęłam się trzymanym w ręce hantelkiem w rękę trzymającą drugiego hantelka, a wyżej wymienione miało miejsce podczas biegania, a dokładniej podczas rozluźniania ramion. Głupio nie pamiętam nigdy, że rozluźnianie z hantelkami w garści wypada z dość porządnym szwungiem i efektem szwungu jest teraz okazały siniak na grzbiecie prawej dłoni.

3. Podczas tegoż biegania, w drodze powrotnej, chwycił mnie za włosy zwisający pęd jeżyn. Chwycił, zastopował na chwilę, po czym puścił i spadając przejechał kolcami po moim karku.

Wieści dobre też są, dlaczego nie. Nauczyłam się otwierać wachlarz jednym ruchem!!! Ćwiczyłam wczoraj przez pół imprezy u Reyes i wszyscy głupio pytali co mi tak gorąco. Podejrzewając niewątpliwe upojenie alkoholowe, którego oczywiście nie odnotowano, co to bowiem jest jedna prawie cała butelka wina.

A egzamin z hebrajskiego już w środę, i nie ma takiego cudu, który sprawiłby że go zdam. Lord give me some mercy.

Leave a comment »

Myślećpozytywniemyślećpozytywnie

Dziarsko maszerując dziś do pracy w strugach ulewnego deszczu, ocierając od czasu do czasu twarz wierzchem dłoni, myślałam sobie co następuje:

-jak to dobrze że nie mam na sobie dżinsów, trampek i skarpet, które nasiąkłyby wodą jak gąbka i za nic nie chciałyby się wysuszyć na mnie

– jak to dobrze że zamiast wyżej wymienionych mam na sobie spódnicę do kolan z lekkiego materiału, która zaraz wyschnie oraz sandały, z których z wielką łatwością się wyleje to co się do nich wlało

– jak to dobrze że cała jestem ubrana na czarno i nie muszę robić za miss mokrego podkoszulka

– jak to dobrze że nie mam na głowie kunsztownej koafiury z toną żelu czy innego lakieru, na której układaniu spędziłam cały poranek, mam za to zwykłego rozczochrańca, który zaraz wyschnie i będzie taki jak przedtem

– jak to dobrze że głupim trafem mam przy sobie ręcznik, którym będę mogła wytrzeć sobie przynajmniej włosy

– jak to dobrze że nigdy przenigdy nie rozmazuje mi się makijaż na deszczu, żadnych wodoodpornych mazideł nie używam, zwyczajnego tuszu do rzęs i tyle, a nie rozmazuje się i już

– jaka ze mnie potworna i nieopisana idiotka że nie wzięłam parasola!!!!

ps Niech ten tydzień się już skończy, uprzejmie proszę.

Leave a comment »

Zaczyna być niedobrze

Spędzony prawie w całości na skajpowaniu łikend źle mi zrobił. Po pierwsze, bo mało uwagi poświęciłam podręcznikowi do hebrajskiego, tudzież prasowaniu, wieszaniu prania i innym obrzydliwym zajęciom. Po drugie, bo za każdym razem, od czwartku poczynając, szłam spać z debilnym uśmiechem przyklejonym do twarzy i różnymi słowami pobrzmiewającymi echem w moim pustym łbie. Po trzecie i najgorsze, bo prawie bezwiednie, mimowolnie i bez wielkich ceregieli zakupiłam skórzaną torebkę w onlajnszopie jednej szwedzkiej marki odzieżowej, która zaczyna się na H a kończy na M. Jest wprawdzie przepiękna, niedostępna mi na drodze zakupu stacjonarnego, i do tego przeceniona, torebka nie marka, ale kurde, nie ma to nic do rzeczy!! Miałam się mieć pod kontrolą w czasie tych wyprzedaży, a tu chała, gówniarz wpłynął na mnie ogłupiająco i ani się obejrzałam, już podawałam numer karty kredytowej. Po czwarte, bo jakoś podczas tych rozmów zdałam sobie sprawę, że raczej mało we mnie cech niebiańskiego anioła i naprawdę naprawdę niełatwo czasem ze mną wytrzymać. Nawet na odległość. I wreszcie po piąte, bo znowu mam różne dylematy i dychotomie, na dwoje babka wróżyła, a torebka, jeśli wypadną na minus, będzie ich smutnym memento. Dychotomi znaczy, i dylematów. A do piątego sierpnia pozostało trochę więcej niż dwa tygodnie.

Leave a comment »

Obawiam się

Że świeciłam wczoraj własnym światłem, siedząc jak głupek przed laptopem i gapiąc się z rozczuleniem na małe okienko z jego twarzą. A co gorsza, była to twarz nie mniej głupio rozczulona niż moja własna.

********

E: Tak sobie myślę, że chciałbym mieć dzieci z Twoimi oczami i nie wiem jak to zrobić.

ja: Hm, ja też nie wiem. Poza tym zdaje mi się że ciemne oczy są genetycznie silniejsze i pewnie dzieci i tak miałyby oczy Twoje.

E: No co Ty, kto tak mówi???

ja: Z biologii pamiętam. Ale masz 25 procent szans. A jeszcze poza tym, takiego koloru oczu jak mój, nie widziałam u nikogo innego, więc może naprawdę nie być łatwo.

E: To co? Znaczy nie będę miał wyboru i trzeba będzie brać co jest pod ręką??

Leave a comment »

O rowerze w Durniu i fajnym dniu

W Durniu byłam wczoraj. Dureń rzecz jasna nie nazywa się Dureń, tylko bardzo podobnie, a mniej zabawnie, a na nazwę przyznaję że nie wpadłam wprawdzie sama, ale bardzo chętnie ją zaadoptuję. W Durniu odbierałyśmy zakupiony na ibeju rower argentyńskiej imienniczki, odbieranie trwało dobre trzy godziny, bo najpierw misiałyśmy pojechać pociągiem do Durnia w którym nigdy nie była żadna z nas, potem autobusem do jakiejś jeszcze mniejszej wsi pod Durniem, potem znaleźć dom sprzedającej pani, który okazał się stać dokładnie na przystanku autobusowym na którym wcześniej wysiadłyśmy,  potem wrócić z rowerem pieszo do Durnia a jeszcze potem dalej pociągiem do Kolonii, wktórej zamierzałyśmy zaszturmować ulicę sklepową. Jak było do przewidzenia, z ulicy sklepowej wyszłam z pustymi rękami ja, a z pełnymi imienniczka, która miała święty zamiar niekupowania NICZEGO. Wygłodniałe spożyłyśmy niezdrowy i wykokokaloryczny posiłek na schodach przepięknej katedry w Kolonii, gdzie spotkałam cztery znajome sztuki Czylijczyków, którym na ich dictum że oni jako i ja, nie robią tu nic, byłam uprzejma odpowiedzieć, że ja  przepraszam, ale ja owszem, robię COŚ, a mianowicie odbieram rower w Durniu. Po tak przyjemnym i pełnym wrażeń dniu spożyłyśmy sobie jeszcze po piwie w małym barze nad brzegiem Renu, gdzie uprzejmy kelner upierał się rozmawiać z nami po hiszpańsku, i po stwierdzeniu z ulgą że zaparkowany przed dworcem świeżutko zakupiony rower ciągle jeszcze tam stoi, pojechałyśmy każda w swoją stronę, imienniczka z rowerem do Bonn, a ja samotnie do domu.

Po powrocie stwierdziłam obecność licznych mejli od umierającego z nagłej ochoty na rozmowę ze mną gówniarza, stłumiłam wewnętrzne zadowolenie i po paru minutach łaskawie wygrzebałam skajpa z otchłani systemu. Gówniarza nagła ochota wynikała z przemożnej chęci pokazania mi śliczniutkiego bileciku lotniczego z Santiago de Chile do Zurychu oraz własnej świeżo ogolonej górnej wargi. O ile bilet przyjęłam ze stoickim spokojem, warga zrobiła na mnie wrażenie zgoła piorunujące, zdarzało mi się bowiem wyrażać mimochodem dezaprobatę odnośnie okropnego wąsa zdobiącego wcześniej rzeczoną wargę, ale bez wielkiej nadziei że on go kiedyś zgoli. I zgolił, o cudzie.

Spać poszłam strasznie późno, strasznie zadowolona z życia, strasznie chichocząc pod nosem.

DSCN3834

Leave a comment »

Obiecałam sobie

Że nie będę już dziamgolącą, miauczącą i natrętną babą. Ani płaczliwą, ani rozhisteryzowaną. Że nie będę nikogo prosić żeby mnie lubił. Skajp zostaje chwilowo poza dolną listwą.

MyPicture

Leave a comment »