Święty cukierek, czyli weekend był fajny

Bo koncert argentyńskiej grupy Karamelo Santo (czyli Święty cukierek, przypis tłumacza) był fajny. Stałyśmy pod samą sceną, w pierwszym rzędzie, tańczyłyśmy jak oszalałe, kapał na nas pot muzyków (ale kto wie, może nasz na nich też) i odpowiadałyśmy entuzjastycznie na ich zachęty do zabawy i pytania. Zabawa trwała około dwóch godzin, muzycy nie dali się długo prosić w kwestii bisów, i w ciągu tych dwóch godzin myślałam kolejno co następuje: -Kurde, stratują mnie -Aaaah….!  -O, a ja się matrwiłam że biegać nie byłam, a to, zdaje się, lepsze niż bieganie… -Pot mi spływa po karku wzdłuż plecówO, włosy mam z tyłu całkiem mokre. -Piiiiiiiiiiiiić!! Piwa najlepiej. Po koncercie, spocone, zziajane, z rozmazanym makijażem, czerwonymi twarzami i błyszczącymi oczami, oraz po krótkich acz bezprzedmiotowych dywagacjach czy i która z nas zapyta muzyków gdzie będą kontynuować tak mile rozpoczęty wieczór (w grę wchodziła argentyńska imienniczka z racji bycia ziomalką tychże, Luisa z racji najbardziej okazałych, ekhm, argumentów na froncie anatomii, jedna jej przyjaciółka z racji bycia Niemką i rozczulającego efektu akcentu niemieckiego na rodowitych latynosów, oraz moja skromna osoba z racji sexi akcentu hiszpańskiego), przeklinając własną nieśmiałość, zdecydowałyśmy się jednak wrócić do Bonn i tam kontynuować wieczór w znajomym i swojskim akademikowym barze.  Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać około północy i z idiotycznymi rozkładami pociągów, które po północy jakoś dziwnie rzadko kursują. W efekcie zdecydowałyśmy się zakupić sobie piwo na długą drogę, pojechać zwykłą kolejką podmiejską, a potem wysiąść w Bonn przed dworcem głównym i przejść się kawałek, rzekomo świetnie znany dwóm z czterech uczestniczek wyprawy. I w ten oto sposób wylądowałyśmy około pierwszej w nocy w cztery żeńskie sztuki na nieoświetlonej, polnej drodze, świecąc sobie pod nogi telefonami komórkowymi i próbując stawiać stopy obok okazałych kałuż, a nie w ich samym środku. A potem byłyśmy zmuszone pokonać tę samą drogę jeszcze raz, z racji napotkania głupiej przeszkody w postaci płotu, i poszukać jednak innej, mniej urozmaiconej. Humory, wspomagane wypitym w pociągu piwem, dopisywały mimo historii o dziwnych złych światłach napotykanych na argentyńskich autostradach oraz natychmiastowym ujrzeniu takiego światła w naszym polu, ubłoconych butów, konieczności natychmiastowego skorzystania z toalety, dyskusji czy to zielone tam w dali to już jest ten jeden taki szyld obok akademika czy nie, i innych takich różnych. Około drugiej dotarłyśmy w końcu do akademika, i tak jak stałyśmy, poszłyśmy prościutko do baru, nie upiłyśmy się wcale, za to wytańczyłyśmy za wszystkie czasy i o szóstej rano padłyśmy do łóżek, nie myjąc nawet ubłoconych stóp. Ale zmywając resztki rozmazanego makijażu, przeciwny wypadek bowiem potwornie postarza skórę, co jest faktem wszem i wobec znanym.

Niedziela upłynęła nam leniwie w łóżkach, w których to, zachrypniętymi głosami prowadziłyśmy długie babskie rozmowy wcale nie do rana, bo rano już dawno się skończyło, a do godziny czwartej po południu, i z których to w końcu wygnał nas głód. Fajnie było, no.

4586_1172492673536_1264612544_30468310_3055618_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: