Archive for Czerwiec, 2009

Wyznam wam

że z urodzin Iny to ja najlepiej zapamiętam sałatkę makaronową, którą w całości wysypałam sobie na buty i samochodowi na wycieraczkę. Na całe szczęście, po imprezie, a nie przed. Sałatka, jak sama nazwa wskazuje, składała się w większej części z makaronu rurki, który wylądował na wycieraczce, a w mniejszej z papryki, która wylądowała w moich butach. I  przysięgam, że to nie była moja wina, ani tym bardziej tych kilku(nastu) małych szklaneczek prosecco, które wypiłam. Winę całkowitą i absolutną ponosi oliwa z oliwek, którą sałatka zawierała w sobie w charakterze sosu, i dzięki której utłuszczona miska wyślizgnęła mi się z utłuszczonych rąk. Całkiem nieźle zapamiętam też deszcz, który padał jak wściekły i walił w pawilon, w którym staliśmy przeczekując, z taką mocą, że nie było słychać co mówił sąsiad, że o radiu nie wspomnę. Chociaż radio właściwie nieistotne, i tak cały czas mówiło o Majkelu.

Bardzo dobrze zapamiętam też zapychanie samochodu po dach, rozważanie jazdy z grillem w wystawionej przez okno ręce, półnagich chłopaków na mokrej łące, zaczepiony na drzewie krążek frisby, próby zrzucenia z drzewa krążka za pomocą piłki, zaczepioną piłkę, próby zrzucenia krążka i piłki za pomocą buta, zaczepionego buta. Oraz jedzenie ciasta prosto z formy. A zdjęcie takie wyszło z aparatu, nic nie cięłam.

DSCN3741

Reklamy

Leave a comment »

Wracałam z Bonn

Pociągiem, jak zwykle. I w pierwszym pociągu zadzwoniła Ina z pytaniem czy moim zdaniem w obliczu faktu, że na jutro zapowiadają burzę, ona powinna ryzkować dalsze planowanie urodzinowego gryla w parku, czy też lepiej od razu przenieść imprezę do biura i gryla urządzić na balkonie. Moje zdanie niewiele jej pomogło, ale za to przypomniało mi, że jeszcze nie mam prezentu, ani, co gorsza, pomysłu. Potem, w drugim pociągu, od rozważań nad prezentem oderwał mnie kolejny telefon, tym razem mniej rozrywkowy a więcej służbowy, ale za to urozmaicany licznymi egzaltowanymi chichotami, tudzież gromkim a wdzięcznym przekrzykiwaniem się młodszej młodzieży w wieku lat około dwunastu, obecnej w pociągu w ilościach, jak na mój gust, zdecydowanie nadmiernych. Potem, na całe szczęście już po odłożeniu słuchawki przeze mnie, młodzież włączyła blututy w telefonach komórkowych i po odbyciu serii pytań typu kto z was nazywa się Sandy das Handy, a kto Mrs. Zeng (z Mrs Zeng to w ogóle dłuższa historia była, bo nikt nie chciał się przyznać do bycia wyżej wymienioną), wagon zaczął rozbrzmiewać wesołymi dźwiękami przesyłanej przez młodzież muzyczki, dzwonków i innych bajerów krejzi dżezi kul, niezbędnych współczesnym dwunastolatkom. Wymęczona hałaśliwą podróżą i upałem, głodna jak niepowiemco, dotarłam w końcu do domu, sprawdziłam dżimejla i znalazłam mejla świadczącego niezbicie że gówniarz uważa mnie za kompletną i absolutną kretynkę.

A co do hantli, to powiem Wam, że one wprawdzie śliczniutkie są, malutkie, ładnie leżą w dłoni i wydają się całkiem lekkie, ale po przebiegnięciu z nimi pięćdziesięciu minut przez las, złośliwie przeobrażają się w ciężary conajmniej pięciokilowe i wywołują przemożną chęć pirzgnięcia nimi w krzaki. Może powinnam to potraktować jako meteforę na życie.

Leave a comment »

Gubię się

A może i już się zgubiłam. Istnieje bowiem opcja, że jestem wstrętną babą, płaczliwą, wymagającą bógwiczego, mającą wieczne pretensje i za grosz zrozumienia. Istnieje też opcja, że nie jestem wyżej wymienioną, jestem natomiast niewinną ofiarą wyrachowanego, cynicznego i egoistycznego wykorzystywacza. A, i pozbawionego skrupułów.

Wynikiem dychotomii opcji jest mój dzisiejszy smuteczek, nieustanne sprawdzanie dżimejla, przebiegnięcie dziś nie wiem ilu kilometrów z hantlami o ciężarze 500 gram każdy, chęć natychmiastowego schowania się pod kołdrę oraz niechęć do jakiejkolwiek sensownej czynności, nie będącej schowaniem się pod kołdrę. I nikłą pociechą jest mi fakt, że on jest tylko wirtualnym tworem, fatamorganą i poruszającym się obrazem na moim monitorze, i tak naprawdę to wcale nie istnieje. A od hantli na pewno będę miała jutro zakwasy w ramionach. I jak mnie spytają, od czego te zakwasy w ramionach, to powiem, że od biegania.

2 Komentarze »

Jako że jutro egzamin

W pierwszej kolejności poszłam dziś do fryzjera. Nie żeby na egzaminie wymagano ode mnie nienagannej fryzury, ale dzień przed zwykłam wymyślać sobie miliony rzeczy do roboty, aby nie patrzeć na notatki do-egzaminacyjne. Tak zwyczajnie nie patrzeć nie potrafię, bo nie pozwala mi na to głupia świadomość, że mam przed sobą jeszcze cały dzień, który mogłabym wykorzystać na naukę, a tego nie robię, mimo że nie mam nic innego do roboty (w tym momencie można by, jak ktoś ma ochotę, zacząć dyskutować czy wizyta u fryzjera to aby na pewno coś do roboty).

Poszłam więc, mówię, było jeszcze wcześnie i jak na złość wcale nie było ludzi, dziewczyna trafiła mi się szybka i sprawna, zamknęła się w dwudziestu foliach (ściślej biorąc nie się, a sianko na mojej głowie), na czas działania farby wsadziła mnie pod ten taki ocieplacz, który wspomagał farbę z takim zapałem, że nie zdążyłam przeczytać nawet jednej gazety, mycie poszło równie szybko, a suszarką udało mi się, ku własnemu zdumieniu, wysuszyć owłosienie bez przeistoczenia go w bezkształtną mierzwę i wyglądać w sposób pozwalający na pokazanie się na ulicy. Takim oto sposobem o godzinie 11.56 byłam już ufryzowana i dalej miałam przed sobą cały dzień, który moglam poświęcić na naukę, tudzież powtarzanie. Przeklinając samą siebie, za to że nie spałam do jedenastej, niechętnie i z ociąganiem skierowałam się w stronę uczelni. I poszłam do biblioteki. I przeczytałam jeszcze stosowne rozdziały z trzech różnych książek. I notatki porobiłam. I wytrzymałam tak do godziny wpół do trzeciej. Teraz jest dwadzieścia po piątej (długa droga do domu przez ulicę zakupową), i nie wiem jak dotrwam do jutrzejszego dnia… Zacząc robić na drutach?

Leave a comment »

Dobra, to teraz serio.

Ktoś naprawdę przeczytał tę Grę w klasy??? I, co ważniejsze, zrozumiał o co kaman? Bo ja, co niewątpliwie spowodowane jest moją tępotą, czytam i czytam i nie rozumiem nic. I nawet ciężko mi to zwalić na hiszpański, bo jednak po hiszpańsku mówię całkiem nieźle, śmiem twierdzić że rozumiem jescze lepiej, a typowo argentyńskie słownictwo tudzież gramatyka, aż takich problemów mi nie przysparzają. A poza tym, ktoś mi może wyjaśnić skąd oni na tej Wikipedii wiedzieli na przykład, że Maga przyjechała z Rocamadourem do Paryża, bo jej rodzice chcieli żeby usunęła ciążę??? Jeśli czytali to samo co ja, a ja tego ni huhu nie wiem??? Albo skąd oni wszyscy w tych mądrych książkach wzięli informacje, że Horacio tęskni w Buenos Aires za Polą i za Berthe Trepat??? Bo ja natknęłam się tylko na dwie marne wzmianki, które z tęsnotą niewiele mają wspólnego… I skąd w ogóle ten status powieści kultowej??? Ja tam nie wiem, może to inne czasy były, a ja z mojej cynicznej perspektywy dwudziestego pierwszego wieku tej kultowości dostrzec nie potrafię, ale serio, nie rozumiem. I czytając te wszystkie komentarze że Paryż, że miasto miłości, a nawet metafora tejże, podczas gdy w Paryżu dzieje się tylko pierwsza część powieści, nabieram silnych podejrzeń, że oni wszyscy tylko tę pierwszą część przeczytali, bo do reszty nie dobrnęli. O!

Leave a comment »

Chyba zgłupiałam

I wcale nie jestem pewna, czy większą głupotą była zgoda na zagranie przez kamerę w grę pod tytułem „Kto wyciągnie mniejszą kartę musi zdjąć z siebie sztukę odzieży”, czy też przerwanie gry w momencie gdy nie miałam już na sobie spódnicy i rozpięłam wszystkie guziki koszuli. Bieliznę miałam. Bardzo ładną, zupełnym przypadkiem.

Nudziara ze mnie, zdecydowanie.

Leave a comment »

Retrospekcja 2 (chyba)

Spadła na mnie jak siedziałam na murku na nasłonecznionym patio mojej uczelni i czytałam dzieło pt. Asesinato en el Comité Central. Siedziałam tak, ustawiając się strategicznie do słońca i przypomniał mi się inny dzień na tym samym patio, majowy, ale tak samo słoneczny i wietrzny jak dzisiejszy. Wtedy byłam z Iną i bawiącym właśnie z wizytą Pablo, siedzieliśmy murku i piliśmy kawę z papierowych kubków, i to był czwartek. I zadzwonił telefon. Mój. Enrique. Przekonana, że to tak zwana strzałka, odczekałam kilka sygnałów, ale nie, dzwoniło dalej. Nacisnęłam więc zielony guzik i zanim zdążyłam sama coś powiedzieć ( a raczej warknąć), usłyszałam: Te ves linda con esa falda*, a zaraz potem monotonne tututututututututu. Nacisnęłam więc wzajemnie guzik czerwony i stałam parę chwil jak głupek, gapiąc się tępym wzrokiem na trzymany w ręku telefon, jakbym nie wiedziała co to jest i nie rozumiejąc nic, ani skąd on wie co ja mam na sobie i jak w tym wyglądam, ani tym bardziej, co mu się w ogóle stało, że mówi mi rzeczy do tego stopnia nie w jego stylu. Moja przemiana w słup soli zwróciła wreszcie uwagę moich towarzyszy, którzy o wiele szybciej niż ja znaleźli rozwiązanie zagadki pierwszej, gówniarz miał właśnie zajęcia w jednej z sal, których okna wychodziły na rzeczone patio i miał doskonały widok na mnie i moją podwiewaną wiatrem spódniczkę…

Rozwiązania zagadki drugiej nie znalazłam do dziś, pamiętam za to doskonale, jak podziałał na mnie wtedy ten potężny komplement i jego okoliczności.

*Ślicznie wyglądasz w tej spódniczce.

Leave a comment »