Majówka czyli Rhein in Flammen

Rhein to Ren a Flammen to płomienie, z czego łatwo wywnioskować, że majówkę spędziłam oglądając Ren w płomieniach. A Ren w płomieniach polegał na tym, że wszyscy mieszkańcy miasta Bonn, jak również innych okolicznych większych i mniejszych miast, wylegli na nadreńskie błonia zwane Rheinaue, aby spędzić tam dzień na grylowaniu, przyjmowaniu do wnętrza wszelkich możliwych napojów alkoholowych, zarówno tych przywleczonych w plecaku, jak i tych kupionych w licznych namiotach, budkach i straganach, konsumowaniu frytek, kiełbasek, popcornu, prażonych bakalii i im podobnych kalorycznych bomb, słuchaniu muzyki, na każdej scenie i w każdym głośniku innej, oraz podziwianiu tęsknie wyczekiwanych, przepięknych i szalenie efektownych, stanowiących punkt kulminacyjny Renu w płomieniach, fajerwerków.  No i my też wybrali się byli, grupą niezwykle liczną i niezwykle międzynarodową, w której ja byłam przynależna do argentyńskiej imienniczki bez jednego n oraz jej przyjaciółki Luisy i chłopaka Andiego. Poza tym byłam jedyną osobą z całej grupy, która rozumiała WSZYSTKIE używane języki, a były nimi hiszpański, polski, niemiecki i angielski, z czego byłam niezwykle i zasłużenie dumna, dlatego się chwalę.

Po wypiciu kolejno wina białego reńskiego, szampana bliżej niezidentifikowanego, kilku łyków sangrii niezasługującej na to miano oraz dwóch piw, spożyciu 5 (pię-ciu!) kiełbasek grilowanych, bez chlebka, i uniknięciu utraty oka albo co najmniej przejściowego uszczerbku na urodzie*, zaczęliśmy czekać na fajerwerki. Czekaliśmy intensywnie, marznąc nieco, aż się doczekaliśmy, i po dwudziestu pięciu minutach imponującego spektaklu, około północy, udaliśmy się w drogę powrotną. A w drogę powrotną udaliśmy się pieszo, bo wszystkie pociągi i autobusy były pełne albo miały awarię, a rozkłady jazdy obowiązywały wyłącznie na papierze. Po zaledwie półtorej godziny marszu dotarliśmy na dworzec główny, który stanowił może połowę drogi, a z którego mielismy nadzieję jednak złapać jakiś pociąg mniej pełny i bez awarii. Na dworcu głównym panowało jednak pandemonium nie mniejsze niż przy stacji Rheinaue, polataliśmy więc trochę między przystankiem autobusowym u góry i przystankiem metra na dole, stwierdziliśmy że faktycznie rozkładu nie trzyma się nic, spędziliśmy mnóstwo czasu częściowo w kolejce do toalety w Makdonaldzie a częściowo w kolejce do kasy w Makdonaldzie, wypiliśmy kawę i cudem złapaliśmy pociąg. Pusty, bez awarii. W domu byliśmy około trzeciej. W łóżkach byliśmy po czwartej, bo wszyscy byli już trzeźwi jak świnie i po ciężkich przejściach mieli ochotę na zimne piwko. A zimne piwko było i smakowało pysznie.

Dziś pierwszy raz w historii moich wizyt w Bonn, obudziłam się bez najmniejszych objawów kaca, a za to z silnymi objawami zakwasów w łydkach.

*Niedoszłą sprawczynią uszczerbku była argentyńska imienniczka otwierająca owego szampana, porządnie wytrzęsionego podróżą w plecaku i, z racji panującej temperatury otoczenia, raczej ciepłego, która po zdjęciu metalowego zabezpieczenia, nie przytrzymując niczym korka i wygłaszając przy tym beztroskie zdanie właściwie to ja nie mam pojęcia jak to działa z tym korkiem jedynie cudem boskim bądź zrządzeniem opatrzności, która jak wiadomo czuwa nad półgłówkami, nie skierowała butelki bezpośrednio w moją twarz, a nieco obok.

dscn3335Imienniczka nie patrzy w obiektyw.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: