Archive for Maj, 2009

Dzisiaj

gówniarz zwrócił się do mnie słowami Hola p r i n c e s a.

I mam znowu ochotę sobie myśleć.

A mejl od profesora z Konstancji, którego jestem skrytą fanką (profesora, nie mejla), zawierał dziś treści, które poważnie zachwiały moją niewiarą w to, że on wróci. Bo dotyczyły biletu. Lotniczego.

MyPicture

Leave a comment »

Głębokie przemyślenia na tematy trywialne

Po całkiem niekrótkich targach z Panią Magister Farmacji, która uparcie twierdziła, że jestem jeszcze młoda i nie powinnam strzelać z armaty na komary i prawie odmówiła sprzedaży, kupiłam sobie wczoraj pierwszy krem pod oczy z prawdziwego zdarzenia. Za kwotę, której nie wydałam jeszcze nigdy na żaden krem. Przeczytałam skrzętnie wszystkie komentarze na wizażu i innych takich, przyjęłam do wiadomości że niektórzy są zachwyceni a inni wręcz przeciwnie, pierwszego i drugiego dnia aaplikowałam go sobie po trzy razy dziennie, starannie wklepując, dogłębnie przyjrzałam się w lustrze okolicom własnych narządów wzroku i odnotowałam następującą refleksję: jeśli ten kremik ma przede wszystkim zapobiegać (a ma), a ja w chwili obecnej zmarszczek głębokości Rowu Mariańskiego nie posiadam (bo nie posiadam), skąd będę wiedziała po, dajmy na to, roku używania, czy on zadziałał, czy nie? Znaczy, skąd będę wiedziała jak bym wyglądała, gdybym go nie używała???  Hę???

PS  A Panią Magister Farmacji zabiłam argumentem, że ja to tylko tak młodo wyglądam, bo tego kremu używam.

2 komentarze »

Pójdę się leczyć, serio.

Poszłam sobie dziś w kurs po sklepach obuwniczych w celu nabycia  p ł a s k i c h  sandałków do tak zwanego latania. W buty jestem doprawdy zaopatrzona całkiem nieźle, we wszelkie możliwe typy, a z dwa tygodnie temu nawet i kozaczki sobie jeszcze kupiłam, no co, maj też bywa zimny, nie?, natomiast jeśli chodzi o sandały, posiadam jak następuje: 1) jedne sprzed trzech lat, genialne, na skórzanej podeszwie, którą to podeszwę zdarłam na pięcie doszczętnie, ale których nie wyrzucam z miłości, 2) jedne sprzed dwóch lat, na które się uparłam bo były zielone, a które są mi za duże i klapią niemiłosiernie, a z przodu wystaje mi kawałek podeszwy, pooranej brukiem, bo zwykłam się o nią potykać, 3) jedne sprzed roku, strasznie wygodne, ale produkowane już chyba w przededniu kryzysu, bo wyglądają dużo gorzej niż te trzyletnie, 4) kolejne sprzed roku, kupione w Hiszpanii we wrześniu i z racji powyższego niby mało używane, fajne, ale niewygodne jak nieszczęście i na osobie noszącej czyli mnie wywierające wrażenie jakby krzywości. No i niepłaskie, stąd pewnie ta krzywość.

Jasnym więc jest, że w obliczu powagi sytuacji czyli 26 stopni w cieniu, MUSIAŁAM dziś nabyć sandały. I przysięgam, że szłam z mocnym postanowieniem nabycia płaskich. Ale co ja poradzę, że płaskie tak mi szkodzą na figurę??? Że w płaskich mam nogi o pół metra krótsze, a może i o metr??? Że w płaskich człapię z wdziękiem drewnianego kloca?? Tak więc wiecie co zrobiłam? Nie, nie kupiłam szpilek. Ani koturnów. Kupiłam najdoskonalsze buty woźnej!!!  Na topornym kulfonie!! Ale kulfonie sześciocentymetrowym.

Leave a comment »

A weekend kulturalny był

W piątek po pracy poszłam z Iną na kawę w celu kolektywnego wykonania tłumaczenia streszczenia pracy dyplomowej naszego wspólnego ulubionego Czilijczyka. Strasznie ciężko nam to przyszło, mnie szczególnie, bo jeśli chodzi o tłumaczenia, to zdecydowanie samotny ze mnie wilk, i skrzętnie przystałam na pomysł nie mniej udręczonej Iny, żeby podzielić cholerstwo na akapity i przetłumaczyć każda we własnym zakresie w domowych pieleszach, a potem złożyć przez telefon do sensownej kupy.  Dojście do tego konsensusu zajęło nam sporo czasu, akurat do momentu kiedy w knajpie naprzeciwko zaczynał się koncert dżezowy bardzo sympatycznej dziewczyny, która śpiewała. Jednak nie ona na tym koncercie wzbudziła mój niekłamany podziw, a towarzyszący jej chłopak, który grał na klarnecie, na saksofonie, na gitarze akustycznej, śpiewał i do tego napisał większość piosenek!  Gapiłam się więc na zmieniającego instrumenty chłopaka z rozdziawioną buzią i prawie nie słuchałam śpiewającej dziewczyny, a pojęcie multitasking nabrało dla mnie całkiem nowego znaczenia.

Wczoraj natomiast wybrałam się na długo zapowiadaną premierę sztuki w języku hiszpańskim pt. Tres sombreros de copa w wykonaniu amatorskiej grupy teatralnej, składającej się prawie w całości z moich dobrych znajomych, a w reżyserii mojej przyjaciółki Reyes. Jednego z aktorów nie rozpoznałam wcale, popadałam na przemian we wzruszenie, że tak ślicznie wyglądają i cudnie grają, i w rozbawienie, bo sztuka naprawdę była bardzo komiczna, i ze łzami wzuszenia w oczach śmiałam się tak serdecznie że moje chichoty słychać było za kulisami. Po uściskaniu wszystkich aktorów i wytarciu odcisków scenicznego makijażu tychże z różnych części, udałam się na spoczynek, aby dzisiaj spędzić dzień mniej kulturalny a więcej spokojny, starając się wkuć hebrajskie koniugacje i spalając sobie kolejny raz już nadpalony dekolt.

Leave a comment »

Zamach na mnie był

Dokonany pod pretekstem przyniesienia kluczy od piwnicy z magazynu. A magazyn budowano niewątpliwie z myślą o zamachu terrorystycznym albo trzęsieniu ziemi, bo nie uwierzę, że pięciowarstwowe, pancerne, stalowe i ciężkie jak nieszczęście drzwi mają na celu ochronę przed kradzieżą szczotek do zmiatania i mopów, worków ze śmieciami oraz nieszczęsnych kluczy od piwnicy. Niezależnie jednak od sensu ich ciężaru, parszywe drzwi najpierw długo opierały się mojemu rozpaczliwemu ciągnięciu za klamkę, a jak w końcu ustąpiły i postawiłam jedną nogę w środku, drugiej nie było mi już dane postawić, bo zamykając się dały mi takiego dubla w część tylną, że wleciałam do środka głową do przodu i bez zbędnych ruchów nogami.

I tak o to zamachnęły się na mnie drzwi. Ja to mam pasjonujące życie.

Leave a comment »

Rozmowa przez ocean, część niewiemktóra

E: Gadamy?

ja: Uh, poczekaj, bo właśnie byłam biegać i muszę najpierw skoczyć pod prysznic.

E: Oka.

Jakieś piętnaście minut później, po prysznicu na całości, olejku cytrusowo rozmarynowym na cellulitisIE i żelu do mycia twarzy w oku. Lekko łzawiąc.

ja: Jestem. Uuuuuuh, ale mi to bieganie dobrze robi! Mówię Ci, tylko siedzę teraz i podziwiam własny brzuch. A jakie mięśnie mam!

E: (ironicznie) Wyobrażam sobie… Ty, a może byś tak pośladki poćwiczyła? Coś siłowego… Na powiększenie…?

ja: Na CO? Uważasz że niby mój tyłek jest za mały???

E: No… nie to że za mały, ale taki… no… płaski…

ja

Oniemiałam.

I łzawić zaczęłam jakby bardziej. Ze śmiechu.

Leave a comment »

I znowu

To nieprzyjemne uczucie w środku. Takie dławiące, skradające się górą do gardła. Może to dlatego, że rozmawiałam dziś z Jazmín, Jazmín jest gówniara, taka sama jak gówniarz, ale całkiem głupia nie jest. I gówniarza nigdy nie poznała, na oczy go nie oglądała, a zdanie ma. I wyraża je dość niedwuznacznie. A ja całkiem obojętnie obok niego przejść nie mogę, i wydaję się sobie teraz taka głupia, tak beznadziejnie, potwornie i nieziemsko głupia. I tak bym chciała wyłączyć na chwilę to życie. So need your love, so fuck you all.

Leave a comment »