Archive for Kwiecień, 2009

Czwartek

Kolejny raz potwierdza się, że niczego na tym świecie nie można być pewnym. Napisałam że filię mi zamykają, a mnie przerzucają do innej? Napisałam. Więc otóż chała. Dziś się nazywa że wcale nie zamykają, a do nowej przerzucają mnie oprócz tego. Co mi nawet dość pasuje, bo po pierwsze primo chwilowo nie mam egzaminów i mogę popracować jak normalni ludzie, czyli codziennie, po drugie primo mój minus na koncie ma długość co najmniej równika, i po trzecie primo zbieram na operację. Serio. Geny mojego tatusia obdarzyły mnie oraz siostrę mą krótkowzrocznością tak silną, że razu pewnego u okulisty rzeczona siostra na pytanie który rząd na tablicy może przeczytać, odpowiedziała szczerze acz rozdzierająco Pani doktor, ja to nawet tablicy nie widzę. No i ja całkiem tak samo. Na codzień używam twardych soczewek kontaktowych, kto ma miękkie i uważa je za kłopotliwe, niech to pomnoży przez tysiąc i będzie miał akurat jak bardzo kłopotliwe są twarde. No i siostra mi się zoperowała, przedtem prawie umarła z nerwów, mojego szwagra doprowadziła pewnie do białej gorączki tym zdenerwowaniem własnym, ale dała się w końcu nalaserować i nie oślepła, więc jej pozazdrościłam i też chcę. Bo bardzo chciałabym kiedyś otworzyć rano oczy i zobaczyć godzinę na budziku. Nawet jeśli miałaby to być bardzo wczesna godzina, taka piąta na przykład, niech już będzie moja strata.

Poza tym zdarzył się cud i nauczyłam się czytać hebrajskie słowa!! Cud jest z kategorii tych pomniejszych, bo nie mam najbledszego pojęcia co ja właściwie czytam, wersy z Księgi Wyjścia brzmią dla mnie dokładnie tak samo jak przepisy kulinarne na przykład, ale wreszcie siedzę na zajęciach bez ściśniętego stresem żołądka i uczucia że jestem tak_beznadziejnie_totalnie_i_absolutnie_głupia_i_nie_wiem_co_ja_tu_właściwie_robię.

A uczucie to całkiem niefajne było.

2 komentarze »

Día de perros

Spis nieszczęść na dziś:

1. Na hebrajskim jestem 100 lat nie za żadnymi murzynami, a za neandertalczykiem, za pierwotniakiem, a może i w ogóle za stworzeniem świata. W dowód pozwolę sobie zakomunikować, że mój kurs powtarzał dziś czas przeszły oraz tłumaczył autentyczne kawałki Biblii, podczas gdy ja mam jeszcze kłopoty z alfabetem, co jest niestety fundamentalną przeszkodą w czytaniu. O tłumaczeniu nawet nie wspominając.

2. Zamykają mi filię fabryki. Niby nie oznacza to wyrzucenia na bruk, a zaledwie przeniesienie do innej filii, ale kurde czuję się zrobiona w tak zwanego chuja. O.

3. Najnowsze buty w postaci listonosza z paczką dotarły w poniedziałek, mogę się założyć że 5 minut po tym jak ja wyszłam z domu, i należy je teraz odebrać na poczcie. Na poczcie GŁÓWNEJ, dodam.

4. Spadły mi na nogę drzwi od pracowego kosza na śmieci, nie pytajcie jakie drzwi i jak mogły spaść. Spadły i już. Z napięciem czekam teraz na czarnego siniola na środku stopy, na pewno będzie imponujący.

5. I w ogóle.

2 komentarze »

Łikend

…był niezwykle urozmaicony. W piątkowy wieczór poszłam na winko z Reyes, które to winko piłam prawie sama, dobrze że chociaż nie do lustra, bo moja towarzyszka była nieobecna, niedysponowana, nie w sosie, i nie wiem co tam jeszcze na nie, ale mimo to nie mogę powiedzieć że bawiłam się źle, a wspomnienie owej towarzyszki naśladującej meksykański akcent, czyniąc mi wstydliwe wyznanie o swoim uzależnieniu od meksykańskiej telenoweli o wielemówiącym tytule Cuando seas mía, do tej chwili powoduje u mnie nerwowy chichot.

W sobotę po południu natomiast, wrzuciwszy do torby moje najnowsze wstrząsające obuwie i górną część imprezowego outfitu, a zapomniawszy o piżamie, udałam się do Bonn, aby uczestniczyć w imprezie urodzinowej argentyńskiej imienniczki bez jednego n, zapoczątkowanej grylem na łączce. Z gryla najbardziej zachwycił mnie deser, a mianowicie nacięte górą i naszpikowane kostkami czekolady, grilowane ze skórką banany, które po rozpuszczeniu się czekolady i rozpapraniu ciepłego banana należy wyjadać widelcem ze skórki, na oko wprawdzie jakiś milion kalorii, ale smak niebiański! Reszta imprezy upłynęła pod znakiem frustracji imienniczki, spowodowanej głupią uwagą takiej_jednej, że niby imienniczka przytyła była. W tym miejscu apel do wszystkich czytających te słowa, nie mówcie nikomu że przytył w dniu jego urodzin, bo to może zaowocować frustracją solenizanta i w efekcie zwiększoną konsumpcją napoju alkoholowego zwanego rumem, tudzież innego, zwanego tequilą, a nawet mieszaniem obydwu wyżej wymienionych, i w dalszym efekcie bestialskim kacem dnia następnego. Takoż miało to miejsce w wypadku imienniczki, niestety. Mojej osobistej osobie, o dziwo, kac nie dokuczał wcale, zostałam więc do wieczora na kolejnym grylu z resztek gryla wczorajszego i wcale nie potrzebowałam precla na dworcu. Bonn opuściłam uwożąc w torbie śmierdzący dymem imprezowy outfit i książkę, o której rozmawiałam z Reyes w piątek, a którą odkryłam na półce u imienniczki w niedzielę rano, traktującej o przygodach jednego kosmity, który po lądowaniu na Ziemi gubi swego towarzysza o imieniu Gurb, i całą resztę książki go szuka, pakując się w rozmaite kłopoty, wynikające wszystkie jak jeden z uporczywego pragnienia nie rzucania się w oczy. Książka jest przeraźliwie zabawna, aczkolwiek nie bez głębszego przekazu, i sprawiła że patrzyli się na mnie tępym wzrokiem współpasażerowie z 7 otaczających mnie siedzeń, tylko dlatego że co jakiś czas wydobywał się ze mnie tłumiony chichot, kurcze, czy to jest powód żeby się na kogoś patrzeć? I tak sobie myślę, że książce tej, o tytule Sin noticias de Gurb, jakby kogoś interesowało, poświęcę dzisiejszy dzionek, bez niczyjego tępego wzroku, na własnej kanapie. O!

Leave a comment »

Rozmowa przez ocean cz. 3

Wczoraj. Dość wczesna noc tu, dość wczesny wieczór tam.

E: Niña, dostałem dziś od Ciebie kopertę…

ja: (tknięta złym przeczuciem, tonem napastliwym) I chyba jej nie otworzyłeś???

E: Otworzyłem, a co…?

ja: Jak to CO???? Urodziny masz jutro, nie???

E: Ale skąd ja mogłem wiedzieć… Nic nie było napisane na kopercie…

ja: (zła) Bo na kopercie się pisze ADRES. Nic więcej.

E: Ojej, no otworzyłem, no… I (tonem uroczystym i napiętym) strasznie mi się spodobał twój prezent. Ale i tak NAJWIĘKSZYM PREZENTEM JEST TWOJA PRZYJAŹN i…

ja: …i to że ci tłumaczę tam i z powrotem korespondencję z profesorem?

E …

*****

Mówiłam już że szalenie romantyczna ze mnie osoba?

mypicture2

Leave a comment »

Głupi to ma szczęście

Taka ja. Książkę potrzebowałam, na hebrajski, potrzebowałam na dzisiaj, a wczoraj przd pracą nie zdążyłam wypożyczyć (bo za późno wyszłam, bo za długo się grzebałam, jasna sprawa). Siedziałam sobie więc w pracy, która jest za rogiem biblioteki, a z której dalej niż do toalety nie mogłam się oddalić, a ta bliskość biblioteki, i tym samym książki, gnębiła mnie niewymownie, aczkolwiek do działania nie pobudzała. Zamiast tego siedziałam sobie dalej spokojnie i niewzruszenie na części tylnej i czekałam aż przyjdzie ktoś znajomy, kto mi pójdzie i wypożyczy książkę. I przyszedł! Dwie sztuki nawet, może nie aż tak bardzo znajome,  ale na tyle, że nie było mi głupio wcisnąć im go ręki mojej bibliotecznej karty i poprosić o zamówienie podręcznika, odebrać mogłam już sama. Poszli, zamówili, poinformowali, że jest tylko egzemplarz z 78 roku, co przyjęłam z entuzjazmem, bo to świetny rok był, i tym sposobem odnotowałam dziś pierwszy sukces na hebrajskim, a mianowicie potrafię napisać i przeczytać koń. Po hebrajsku rzecz jasna.

Albo dziś. Ze skruchą udałam się do sekretariatu wydziału mego w celu uczynienia wyznania, że zapomniałam zgłosić w sekretariacie ogólnym egzaminu, który jest w piątek, a zgłaszać egzaminy należy najpóźniej tydzień przed. I dowiedziałam się że owszem, sekretarka nie może zaprzeczyć wyrażonej przeze mnie opinii, że głupia jestem jak próchno i ona też nie wie po co mam głowę, że ósmy maja będzie następnym możliwym terminem, ale żebym polazła do drugiej sekretarki ogólnej z tym tu o! papiórem i spróbowała, może się jeszce da. I dało się! Druga sekretarka ogólna już słyszała o mnie od pierwszej sekretarki wydziałowej, opinii o mojej inteligencji nie wydawała, tylko zameldowała na 24 kwietnia. A po powrocie do pierwszej sekretarki i zakomunikowaniu jej radosnej nowiny usłyszałam jeszcze, że tego 24 o 9tej to ja najlepiej tu w sekretariacie niech się stawię, a ona mnie za rękę na egzamin zaprowadzi, cobym się po drodze nie zgubiła. Tak to się u nas o studentów troszczą! Nie na darmo jesteśmy Exzellenz-Universität.

A, ale pecha też miałam. Przy wyciskaniu resztki kremu do rąk z tubki cała wyciśnięta resztka wylądowała mi na spodniach i książce. Z biblioteki.

Comments (1) »

Mózgownicę mam wypraną

Wyprała mi się w drodze pedałowania. Jeszcze muszę wyprać cielesną powłokę, tfu, wykąpać znaczy, bo mi się nieco lepi. Też w wyniku pedałowania.

Swiętego Jana zdałam tak zwanym rzutem na taśmę, i dumna z tego osiągnięcia nie jestem, ale grunt, że książki mogę oddać, biurko nieco odgruzować, bo tak naprawdę to biurka już całkiem nie widać,  i o Świętym Janie zapomnieć.

Na egzamin piątkowy jestem na razie absolutnie nieprzygotowana, coś mi się po zwojach mózgowych kołacze, ale kołatanie to całkiem nieskoordynowane jest. Coś jakby atak padaczki.

Cudowny powrót gówniarza w moje stęsknione ramiona oddala się jakby nieco w bliżej nieokreśloną przyszłość, i w tym temacie mogłabym się rozszarpać na milion kawałków mnie i każdy kawałek czułby coś innego. Serce jedno, tępa mózgownica drugie, nerka trzecie, wątroba czwarte, trzustka piąte… I tak aż do miliona.

Byle do piątku, a jeszcze lepiej do soboty, wtedy się upiję i się zastanowię.

Leave a comment »

Gupi gówniarz

Przysłał mi dziś w nocy mejla z informacją że śniło mu się (akurat), że zadedykowałam mu tę piosenkę. Nie trzeba znać hiszpańskiego żeby wiedzieć o czym traktuje, wystarczy spojrzeć na tytuł oraz domyślić się dlaczego ja jemu (g ó w n i a r z o w i) mogłabym dedykować piosenkę zatytułowaną  40 i 20. Gnojek.

Leave a comment »