W Bonn byłam

Zaproszona przez moją argentyńską imienniczkę bez jednego n na meksykańską imprezę. Na meksykańskiej imprezie rozmawiałam przez większość czasu z takim jednym Hiszpanem, co był kiedyś dość długo w Polsce, wysłuchałam zachwytów na temat naszego bigosu i pierogów, urosłam dobre kilka centymetrów w reakcji na ocenę urody Polek w ogóle i mojej własnej w szczególe, wpadłam w zakłopotanie po pełnym wyrzutu pytaniu dlaczego my w tej Polsce wszystko mamy wędzone, ser, wędliny, ryby???, i zgodziłam się z tych nerwów na wypicie tequili. Tej lepszej, z robakiem. A potem jeszcze jednej, i jeszcze jednej… A w tak zwanym międzyczasie w ferworze rozmowy i bronienia polskiego honoru sięgałam często po stojący obok mnie kubek z niepasującym wprawdzie do imprezy, ale za to do moich kubków smakowych cuba libre, który nigdy nie robił się pusty, bo imienniczka miała tego dnia dzień darmowych drinków w ramach przyjaźni argentyńsko-meksykańskiej… I tak do godziny piątej rano, kiedy to znalazłam się u góry w pokoju imienniczki, udostępnionym mi całkowicie, umyłam nawet ząbki i zmyłam makijaż, po czym padłam jak wafel. O godzinie jedenastej obudziłam się jeszcze całkowicie pijana, nie pomyliłam stron świata i znalazłam łazienkę, oraz nie wpadłam ani do klozetu ani do wanny. O godzinie trzynastej z drobnymi groszami wydawało mi się że jestem wyspana i w całkiem dobrym stanie, i kto wie, może wrażenie było i słuszne, ale nie zweryfikowałam go, bo imienniczka jeszcze nie wstała, to co ja się będę wyrywać. No, a krótko przed piętnastą było już całkowicie jasne, że mam kaca wprost proporcjonalnego do ilości wczorajszych chupito z tequili. Wstałam jednak, wśród obfitych jęków własnych i imienniczki, która też wstała, przeplatanych trzymaniem się za głowę w jej, i żołądek w moim przypadku, odmówiłam spożycia śniadania i zostania na obiedzie, ogarnęłam się nieco ze szczególnym uwzględnieniem stojących dziko we wszystkie strony włosów, i, odprowadzana przez imienniczkę na stację metra, wyszłam, dalej trzymając się za żoładek. W pociągu metra natychmiast poczułam że jechać tyłem nie dam rady w żadnym razie. Na dworcu głównym w Bonn pobłąkałam się nieco, szukając przejścia od stacji metra do stacji kolejowej, powalczyłam z gupim automatem, który nie chciał mi przyjąć piniondza, znalazłam drugi automat, kupiłam bilet i znalazłam odpowiedni peron, po czym uciekł mi pociąg. Czekając na następny, mający przyjechać za pół godziny, pomyślałam, że chyba jednak muszę coś zjeść i zakupiłam sobie precla i butlę wody z gazem. Który to zestaw gorąco polecam, koniecznie w połączeniu z miarowym marszem tam i z powrotem po zimnym i wietrznym peronie, bo jak pociąg przyjechał, żołądek prawie już przestał miotać mi się po całym wnętrzu i dałam radę wytrzymać pół godziny tyłem i w tłoku, w przejściu i w licznym towarzystwie rowerów. Na miejscu przesiadki kupiłam sobie drugiego precla, żołądek ustabilizował mi się na swoim miejscu bez nerwowych podrygów, pociąg docelowy przyjechał punktualnie, nie zawierał w sobie rowerów ani tłoku, nie było w nim za gorąco ani za zimno, bateria w odtwarzaczu empetrójek siadła mi dopiero jak byłam już prawie na miejscu, dojechałam więc nadzwyczajnie zadowolona z życia i własnego cudownego ozdrowienia, i nawet zaczęłam prawie żałować że nie zostałam na obiedzie, bo miał być słynny argentyński pastel de carne. Ale do przyjaźni argentyńsko-meksykańskiej żywię jednak uczucia dość mieszane. A kwestii wędzenia nie rozwiązaliśmy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: