Archive for Marzec, 2009

Genialnego dokonałam dziś odkrycia

Dla mnie samej wprawdzie bezużytecznego, ale nie będę psem ogrodnika i podzielę się nim z Wami. Odkryłam mianowicie jak zrobić wielki biznes. I niepotrzebne są do niego studia, egzaminy, zaliczenia, lata rycia w książkach, psucia oczu…. Nic z tych rzeczy! Aby zrobić wielki i objawiający się w szeleszczących banknotach biznes, należy zwyczajnie zostać…. szewcem. Lukratywność profesji dotyczy niestety tylko miast takich jak to, w którym mieszkam, posiadających piękne Stare Miasto z dużym Rynkiem, w którym znajduje się WSZYSTKO, i  przez który to Rynek, tudzież uliczki poboczne, każdy obywatel po prostu musi przemaszerować, i to nierzadko kilka razy dziennie. Bo Rynek drodzy Państwo, jak to ze starymi rynkami i uliczkami bywa, wyłożony jest niezwykle efektownym, nadającym miastu wyjątkowy klimat, dość niedbale ułożonym (co niewątpliwie jest efektem zamierzonym, i, wysuwając spiskową teorię dziejów, śmiem przypuszczać, że władze miasta są w zmowie z szewcami!!) brukiem… Jedyne obuwie, na które cholerne kamloty nie wpływają ujemnie, to trampki, najlepiej z grubą podeszwą. Gumowe japonki też mogą być. Wszystko inne, posiadające jakikolwiek ślad obcasa, najpóźniej po dwóch spacerach przez Rynek, nadaje się do szewca. I nie mówię tu o głupich flekach, mówię o całych obcasach, poobijanych, poobtłukiwanych i w ogóle prezentujących sobą obraz nędzy i rozpaczy. Najlepsze efekty są na obcasach obciągniętych skórą, po zupełnie niedługim czasie wyżej wymieniona skóra jest całkowicie odciachana od fleka, a po czasie nieco dłuższym, zwisa w smętnych strzępkach na całej długości obcasa. Tam gdzie się jeszcze jakimś cudem trzyma, jest pobrużdżona głebokimi rysami. Im obcas węższy, tym szybszy proces. Śmiech pusty mnie ogarnia jak słyszę narzekania na polskie chodniki, co ja bym dała za chodnik, jakikolwiek, nawet krzywy!

Hm, ciekawe ile wynosi działka, jaką szewcowie muszą odpalać burmistrzowi za kultywowanie bruku, bo może nie trzeba wcale być szewcem, wystarczy być burmistrzem…

Leave a comment »

Rozmowa przez ocean

O 4 nad ranem w moim, 10 wieczorem w jego przypadku.

ja: Ty… nie chcesz mieć ze mną dziecka? W ten sposób miałabym coś tylko mojego, i do tego ślicznego, bo miałoby na pewno moje oczy i twoje włosy i skórę. Ty byś nic nie musiał, serio.

E: Mmmmmmm… Moglibyśmy spróbować.

ja: Eeee, ale to i tak nie da się tak zaraz, bo do tego celu musielibyśmy się jednak spotkać…

E: A nie można przez wideokonferencję…?


Ja nie wiem czego ich w tym Chile w szkole uczą.

Leave a comment »

Kop

Pierwszy przyszedł wczoraj, objawiając się w moim telefonie nieznanym mi hiszpańskim numerem, który okazał się należeć do Joana, któremu z kolei kryzys w jego firmie odebrał znany mi numer służbowy. No i Joan, na moje jękliwe miauczenie, w odpowiedzi na jego pytanie co tam słychać, że calutką środę spędziłam na kanapie w towarzystwie kołdry, 2 litrów herbaty zielonej i cholernego El siglo de las luces, i że już zwyczajnie rzygam rewolucją francuską w Ameryce Południowej, kwiecistymi opisami różnych rzeczy, których nie jestem w stanie sprecyzować, bo ich nie rozumiem, (aczkolwiek wiem że to opisy som. Bo przymiotniki majom w ilości ekscesywnej. A przymiotniki rozpoznaję bez pudła), gupim bohaterem o imieniu Esteban, jeszcze gupszom bohaterkom o imieniu Sofía i w ogóle niewiele poza tym słychać, odpowiedział mi w te słowa Skarbie, a ten ton to co ma niby znaczyć?? Na kanapie siedzisz, płyny przyjmujesz, bardzo zdrowo, kulturą się karmisz, i jeszcze narzekasz? I opowiedział mi o kryzysie, o 25 stopniach w Barcelonie, o swoim golfie (grze takiej znaczy, nie pojeździe mechanicznym), którego nijak do kryzysu dopasować nie mogę, ale dobra, ja Joana nigdy nie zrozumiem, o rozmowach kwalifikacyjnych, o tym że Sto lat samotności mi się spodoba, bo jest zabawne, tylko ćwiczenia pamięci wymaga, o tym że on sam, Hiszpanem będąc (dobra, KATALOŃCZYKIEM), jak czytał Libro de Buen Amor, to też nie zrozumiał… I tak się mnie jakoś humor poprawił.

A potem przyszedł drugi kop, od Nieprasującej, który też coś o umieraniu ze śmiechu w kontekście Stu lat mówił, ale tak naprawdę to mnie tym Cichym Donem w dwa dni trafił najcelniej, i czuję wyraźnie, że niczego bardziej nie pragnę niż zagłębić się w otchłanie 467 stron losów Aureliana i kompanii! Na piątkowy wieczór zaopatrzyłam się w napitek może nieco mniej zdrowy, aczkolwiek znacznie smaczniejszy, jakim jest winko, hiszpańskie w hołd Joanowi, i w towarzystwie którego zabiorę się za chwilę za dzieło pana Gabriela!! Zdrówko!

Leave a comment »

Trzeźwym okiem

Powiem Wam, że popadam pomału w rozpacz dość czarną. Egzamin z literatury latynoamerykańskiej, z literatury tak zwanego boomu, ściślej mówiąc, mam dnia 24 kwietnia. Do tego czasu muszę przeczytać El siglo de las luces, w którego to jestem mniej więcej połowie, idzie mi jak po grudzie, albo zgoła zaspie, i czuję jak upada mit mojego doskonałego opanowania hiszpańskiego. Możliwe, że powinnam to sobie tłumaczyć faktem że Alejo Carpentier jest Kubańczykiem, a ja z tą odmianą hiszpańskiego nigdy kontaktu nie miałam, jak również, że książka jest historyczna i o francuskiej rewolucji traktuje, co naturalnie znajduje swe odbicie w języku. Możliwe. Ale faktem jest, że się trochę poddaję, i Sto lat samotności, które również muszę przeczytać, postanowiłam zaaplikować sobie po niemiecku, żeby było zwyczajnie szybciej. Jeśli chodzi o Cortazara, to nawet nie mam ambicji przeczytania Rayueli, przetłumaczonej na polski jako Gra w klasy, bo wiem że nie zdążyłabym nawet czytając w języku ojczystym, i zadowolę się jego opowiadankami. Mam nadzieję, że moja pani profesor takoż. I gdyby to było wszystko, to może bym jeszcze w rozpacz nie wpadała, ale przygniata mnie dodatkowa świadomość, że oprócz tego muszę przeczytać wszystkie możliwe interpretacje wyżej wymienionych dzieł w szczególe, jak i literatury boomu w ogóle. I pluję sobie teraz w brodę i na buty, że nie przeczytałam tego wszystkiego w czasie wolnym, z czystej ambicji i miłości do literatury, albo choćby i z powodu stu punktów do lansu, które taka choćby Gra w klasy daje. Albo przynajmniej dawała jak miałam jakieś 17 lat. I niech mnie ktoś pożałuje, no, bo jestem naprawdę bliska zarzucenia czynności spania, jako karygodnej straty czasu, a tu wszędzie wokół słyszę tylko Iiiiiiiiii tam…. Poradzisz sobie… Co to dla ciebie… Kto jak nie ty….

A ja, kurdebalans, też chcem być raz malutka i biedna, o!

2 komentarze »

W Bonn byłam

Zaproszona przez moją argentyńską imienniczkę bez jednego n na meksykańską imprezę. Na meksykańskiej imprezie rozmawiałam przez większość czasu z takim jednym Hiszpanem, co był kiedyś dość długo w Polsce, wysłuchałam zachwytów na temat naszego bigosu i pierogów, urosłam dobre kilka centymetrów w reakcji na ocenę urody Polek w ogóle i mojej własnej w szczególe, wpadłam w zakłopotanie po pełnym wyrzutu pytaniu dlaczego my w tej Polsce wszystko mamy wędzone, ser, wędliny, ryby???, i zgodziłam się z tych nerwów na wypicie tequili. Tej lepszej, z robakiem. A potem jeszcze jednej, i jeszcze jednej… A w tak zwanym międzyczasie w ferworze rozmowy i bronienia polskiego honoru sięgałam często po stojący obok mnie kubek z niepasującym wprawdzie do imprezy, ale za to do moich kubków smakowych cuba libre, który nigdy nie robił się pusty, bo imienniczka miała tego dnia dzień darmowych drinków w ramach przyjaźni argentyńsko-meksykańskiej… I tak do godziny piątej rano, kiedy to znalazłam się u góry w pokoju imienniczki, udostępnionym mi całkowicie, umyłam nawet ząbki i zmyłam makijaż, po czym padłam jak wafel. O godzinie jedenastej obudziłam się jeszcze całkowicie pijana, nie pomyliłam stron świata i znalazłam łazienkę, oraz nie wpadłam ani do klozetu ani do wanny. O godzinie trzynastej z drobnymi groszami wydawało mi się że jestem wyspana i w całkiem dobrym stanie, i kto wie, może wrażenie było i słuszne, ale nie zweryfikowałam go, bo imienniczka jeszcze nie wstała, to co ja się będę wyrywać. No, a krótko przed piętnastą było już całkowicie jasne, że mam kaca wprost proporcjonalnego do ilości wczorajszych chupito z tequili. Wstałam jednak, wśród obfitych jęków własnych i imienniczki, która też wstała, przeplatanych trzymaniem się za głowę w jej, i żołądek w moim przypadku, odmówiłam spożycia śniadania i zostania na obiedzie, ogarnęłam się nieco ze szczególnym uwzględnieniem stojących dziko we wszystkie strony włosów, i, odprowadzana przez imienniczkę na stację metra, wyszłam, dalej trzymając się za żoładek. W pociągu metra natychmiast poczułam że jechać tyłem nie dam rady w żadnym razie. Na dworcu głównym w Bonn pobłąkałam się nieco, szukając przejścia od stacji metra do stacji kolejowej, powalczyłam z gupim automatem, który nie chciał mi przyjąć piniondza, znalazłam drugi automat, kupiłam bilet i znalazłam odpowiedni peron, po czym uciekł mi pociąg. Czekając na następny, mający przyjechać za pół godziny, pomyślałam, że chyba jednak muszę coś zjeść i zakupiłam sobie precla i butlę wody z gazem. Który to zestaw gorąco polecam, koniecznie w połączeniu z miarowym marszem tam i z powrotem po zimnym i wietrznym peronie, bo jak pociąg przyjechał, żołądek prawie już przestał miotać mi się po całym wnętrzu i dałam radę wytrzymać pół godziny tyłem i w tłoku, w przejściu i w licznym towarzystwie rowerów. Na miejscu przesiadki kupiłam sobie drugiego precla, żołądek ustabilizował mi się na swoim miejscu bez nerwowych podrygów, pociąg docelowy przyjechał punktualnie, nie zawierał w sobie rowerów ani tłoku, nie było w nim za gorąco ani za zimno, bateria w odtwarzaczu empetrójek siadła mi dopiero jak byłam już prawie na miejscu, dojechałam więc nadzwyczajnie zadowolona z życia i własnego cudownego ozdrowienia, i nawet zaczęłam prawie żałować że nie zostałam na obiedzie, bo miał być słynny argentyński pastel de carne. Ale do przyjaźni argentyńsko-meksykańskiej żywię jednak uczucia dość mieszane. A kwestii wędzenia nie rozwiązaliśmy.

Leave a comment »

Ktoś pamięta wkrętaka i śrubkę?

Wróciły. Ja już do tego stopnia nie wiem, że prawie wiem. I nie powiem, co mi z tej wiedzy przyjdzie.

Eeeeeeh, idę czytać El siglo de las luces, może zmyje mi skutecznie ten kretyńsko rozanielony uśmiech z twarzy, dla którego na dodatek nie ma żadnego uzasadnienia. No chyba, że potraktować tak idiotyczną ciszę przed odłożeniem słuchawki i niechętne stwierdzenie pucha, me da lata cortarte*, ale to niemożliwe przecież, bo tak nisko jeszcze nie upadłam, nie? No.

*ci co hiszpański znają, niech się nie dziwią że nie rozumieją, bo to najczystszy czilijski jest :>

Leave a comment »

Etam

Ja tam pierdolę. Nie wiem, dlaczego obrałam sobie za życiową misję zmienić kogoś, kto przez prawie 25 lat był niemożliwym egoistą.

Jako że na diecie jezdem, od wczoraj, bo odkryłam, że nosić rozmiar 34 to nie sztuka, sztuką jest natomiast móc wkładać go bez wazeliny, to przynajmniej tyle mojego, że przez tę złość obiadu nie zjadłam. Ani kolacji. Złość wyładowałam na stalowym rumaku, tfu, znaczy rowerze takim, co to w miejscu stoi, a mejla z kolejną ulepszającą świat i charaktery mówką skasowałam. Łezki przełknęłam i teraz w dupie mam. Ulepszanie świata, nie łezki. Łezki mam pewnie w brzuchu, ale one nie tuczą, prawda?

mypicture-1

7 komentarzy »