Trywialny post o zgubnym nałogu i pokrętnej psychice

Jak ogólnie wiadomo, egzaminacyjny (także przedegzaminacyjny, międzyegzaminacyjny  i inny) stres najlepiej odreagowuje się na zakupach. Oczywiście dotyczy to części populacji będącej rodzaju żeńskiego, ale czy wsród czytelników tego bloga jest jakiś facet? Nie ma. A więc zakupy mówię, co ma tym więcej sensu, jeśli nasze egzaminy przypadają na okres wyprzedaży. A zwykle przypadają. I ja, w niniejszym poście (i z góry przepraszam za jego długość…) zamierzam przyznać się do bezmiaru własnego nałogu, ogromu własnego szaleństwa i bezgranicznej miłości to kawałków materiału różnej maści, zszytych w wymyśny sposób i nadających się do odziewania najróżniejszych części ciała. I podsumuję tutaj moje sukcesy i porażki wyprzedażowe, bo, jeśli dziś jest ostatni dzień lutego, to jest to tym samym wyprzedaży ostatni dzień, right?

To zacznijmy, jak się należy, od początku. Na początku wyprzedaży poluję zawsze na rzeczy, które spodobały mi się przed wyprzedażami i kupiłabym je też w cenie regularnej, ale po co, skoro z gołym tyłkiem nie chodzę, a niedługo wyprzedaże, right? I tak było z podartmi, połatanymi i poplamionymi wybielaczem dżinsami, w których zakochałam się od razu, a które mają dziwny krój, sprawiający że rozmiar 34 jest mi nieco za duży w pasie, a aż taka chuda znowu też nie jestem. A w talii i brzuchu nawet najgrubsza ze wszystkiego.  I to był łup, jak na moje wyprzedażowe standarty, drogi. Oraz bluzka z górą z jedwabiu i dołem z bawełny, w rozmiarze L, która przy moim nikczemnym wzroście świetnie się nosi jako sukienka. Potem… czy przedtem? Chyba jednak przedtem. Więc przedtem, pojechałam do Berlina, i w Berlinie było tak potwornie potwornie zimno, że jeden cały dzień spędziłam w wielkim centrum handlowym przy Alexanderplatzu, zwanym, o zaskoczeniu, Alexa. Wynikiem tego dnia był cudowny, ciepły, wełniany płaszczyk w kształcie bąbla w rozmiarze 42, ale rozmiar to coś, czym przy zakupach ja się nie kieruję, oraz bolące stopy, które prawie zmusiły mnie do zakupu kozaków. Kozakom się oparłam, stwierdzając rozsądnie, że stopy mnie przestaną boleć jak tylko zdejmę z nich buty na obcasach, ale bardzo bardzo szerokim dżinsom za 9 euro już nie. Potem… a tak, potem wyprzedaże weszły w fazę drugą i nabyłam szary rozpinany sweterek z fajnymi rękawami i kilka koszulek. Oraz poszłam na zakupy z Iną, co było błędem, bo nie lubię chodzić z kimś na zakupy, a ona ma do tego ten niemiecki zwyczaj kupowania hurtowego czyli Idę-biorę tonę rzeczy do przymierzalni-marudzę-wysyłam przyjaciółkę na poszukiwanie innego koloru/rozmiaru-oczekuję od przyjaciółki porady-siedzę godzinę w przymierzalni-płacę kartą i biorę całe naręcze-koniec wyprawy. Ja kupiłam sobie jedną bluzkę, którą widziałam w fazie pierwszej jak jeszcze była za droga. A potem drodzy Państwo, wyprzedaż weszła w fazę trzecią, moją ulubioną, stres egzaminacyjny też. I jakoś tak codziennie byłam w moim ulubionym hiszpańskim sklepie odzieżowym, którego nazwy nie wymienię, i codziennie byłam świadkiem pokrętnej strategii tegoż sklepu. Jednego dnia na przykład, wszystkie topy były po 4,95 euro, na wielkiej kupie, a pan podchodził co chwila z wielkim kartonem, wołał Uwaga moje Panie, nowy rzut! i wysypywał zawartość kartonu na kupę, a panie rzucały się nań jak wygłodniałe harpie, nierzadko szarpiąc za różne rękawy tej samej bluzki. Trochę mi wstyd było też się tam rzucać, dlatego z tego dnia wyniosłam tylko dwa topy, nieco przezroczyste, z cienkiej lejącej wełenki, bardzo bazowe. Nie wzięłam niestety trzeciego, bladoróżowego, który pasowałby pięknie do nabytego wcześniej rozpinanego szarego sweterka, ale na to ostatnie wpadłam za późno, bo następnego dnia po akcji Wszystkie topy za 4,95 nie było już śladu ni popiołu. Potem dorwałam kraciaste spodnie o świetnym kroju, z podszewką, za 5,95. Następny był wielki, luźny szary sweter z warkoczami i przykrótkimi rękawami, który przeszedł pomyślnie przez próbę poczekania na mnie jden dzień, więc był mi przeznaczony, right? A potem, dzień przed egzaminem, znalazłam sukienkę Harel , tylko w kolorze tak zwanej kawy z mlekiem z ceną na metce 5,95, a faktyczną… 3,95, którą z dumą na egzamin założyłam. A w nagrodę za egzamin zdany na bdb kupiłam sobie potem czarne portki o jeszcze świetniejszym kroju, i krótki rozpinany sweterek wykonany z mieszanki wełny i angory, z dziurami i rękawami do łokcia. Też za 5, 95 sztuka. I, aby utrwalić obraz szalonej zakupoholiczki, pójdę dziś do miasta! Bo dziś 28 lutego nie? Kto wie, jakie okazje czekają na klientów w ostatnim dniu wyprzedaży :>

Reklamy

1 Response so far »

  1. 1

    lovesick said,

    to ja powiem tylko, że czuję się usprawiedliwiona, bo jestem w okresie poegzaminacyjnym i jak weszłam dzisiaj do baty, to jedne buty mnie wezwały po prostu, no nic nie poradzę, one do mnie po prostu przemówiły ;>

    kwestie ceny, czy nie mam podobnych i czy są mi potrzebne uważam w tym momencie za błahe wobec mojej ewidentnej predystynacji do ich posiadania ;))


Comment RSS · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: