Archive for Luty, 2009

Trywialny post o zgubnym nałogu i pokrętnej psychice

Jak ogólnie wiadomo, egzaminacyjny (także przedegzaminacyjny, międzyegzaminacyjny  i inny) stres najlepiej odreagowuje się na zakupach. Oczywiście dotyczy to części populacji będącej rodzaju żeńskiego, ale czy wsród czytelników tego bloga jest jakiś facet? Nie ma. A więc zakupy mówię, co ma tym więcej sensu, jeśli nasze egzaminy przypadają na okres wyprzedaży. A zwykle przypadają. I ja, w niniejszym poście (i z góry przepraszam za jego długość…) zamierzam przyznać się do bezmiaru własnego nałogu, ogromu własnego szaleństwa i bezgranicznej miłości to kawałków materiału różnej maści, zszytych w wymyśny sposób i nadających się do odziewania najróżniejszych części ciała. I podsumuję tutaj moje sukcesy i porażki wyprzedażowe, bo, jeśli dziś jest ostatni dzień lutego, to jest to tym samym wyprzedaży ostatni dzień, right?

To zacznijmy, jak się należy, od początku. Na początku wyprzedaży poluję zawsze na rzeczy, które spodobały mi się przed wyprzedażami i kupiłabym je też w cenie regularnej, ale po co, skoro z gołym tyłkiem nie chodzę, a niedługo wyprzedaże, right? I tak było z podartmi, połatanymi i poplamionymi wybielaczem dżinsami, w których zakochałam się od razu, a które mają dziwny krój, sprawiający że rozmiar 34 jest mi nieco za duży w pasie, a aż taka chuda znowu też nie jestem. A w talii i brzuchu nawet najgrubsza ze wszystkiego.  I to był łup, jak na moje wyprzedażowe standarty, drogi. Oraz bluzka z górą z jedwabiu i dołem z bawełny, w rozmiarze L, która przy moim nikczemnym wzroście świetnie się nosi jako sukienka. Potem… czy przedtem? Chyba jednak przedtem. Więc przedtem, pojechałam do Berlina, i w Berlinie było tak potwornie potwornie zimno, że jeden cały dzień spędziłam w wielkim centrum handlowym przy Alexanderplatzu, zwanym, o zaskoczeniu, Alexa. Wynikiem tego dnia był cudowny, ciepły, wełniany płaszczyk w kształcie bąbla w rozmiarze 42, ale rozmiar to coś, czym przy zakupach ja się nie kieruję, oraz bolące stopy, które prawie zmusiły mnie do zakupu kozaków. Kozakom się oparłam, stwierdzając rozsądnie, że stopy mnie przestaną boleć jak tylko zdejmę z nich buty na obcasach, ale bardzo bardzo szerokim dżinsom za 9 euro już nie. Potem… a tak, potem wyprzedaże weszły w fazę drugą i nabyłam szary rozpinany sweterek z fajnymi rękawami i kilka koszulek. Oraz poszłam na zakupy z Iną, co było błędem, bo nie lubię chodzić z kimś na zakupy, a ona ma do tego ten niemiecki zwyczaj kupowania hurtowego czyli Idę-biorę tonę rzeczy do przymierzalni-marudzę-wysyłam przyjaciółkę na poszukiwanie innego koloru/rozmiaru-oczekuję od przyjaciółki porady-siedzę godzinę w przymierzalni-płacę kartą i biorę całe naręcze-koniec wyprawy. Ja kupiłam sobie jedną bluzkę, którą widziałam w fazie pierwszej jak jeszcze była za droga. A potem drodzy Państwo, wyprzedaż weszła w fazę trzecią, moją ulubioną, stres egzaminacyjny też. I jakoś tak codziennie byłam w moim ulubionym hiszpańskim sklepie odzieżowym, którego nazwy nie wymienię, i codziennie byłam świadkiem pokrętnej strategii tegoż sklepu. Jednego dnia na przykład, wszystkie topy były po 4,95 euro, na wielkiej kupie, a pan podchodził co chwila z wielkim kartonem, wołał Uwaga moje Panie, nowy rzut! i wysypywał zawartość kartonu na kupę, a panie rzucały się nań jak wygłodniałe harpie, nierzadko szarpiąc za różne rękawy tej samej bluzki. Trochę mi wstyd było też się tam rzucać, dlatego z tego dnia wyniosłam tylko dwa topy, nieco przezroczyste, z cienkiej lejącej wełenki, bardzo bazowe. Nie wzięłam niestety trzeciego, bladoróżowego, który pasowałby pięknie do nabytego wcześniej rozpinanego szarego sweterka, ale na to ostatnie wpadłam za późno, bo następnego dnia po akcji Wszystkie topy za 4,95 nie było już śladu ni popiołu. Potem dorwałam kraciaste spodnie o świetnym kroju, z podszewką, za 5,95. Następny był wielki, luźny szary sweter z warkoczami i przykrótkimi rękawami, który przeszedł pomyślnie przez próbę poczekania na mnie jden dzień, więc był mi przeznaczony, right? A potem, dzień przed egzaminem, znalazłam sukienkę Harel , tylko w kolorze tak zwanej kawy z mlekiem z ceną na metce 5,95, a faktyczną… 3,95, którą z dumą na egzamin założyłam. A w nagrodę za egzamin zdany na bdb kupiłam sobie potem czarne portki o jeszcze świetniejszym kroju, i krótki rozpinany sweterek wykonany z mieszanki wełny i angory, z dziurami i rękawami do łokcia. Też za 5, 95 sztuka. I, aby utrwalić obraz szalonej zakupoholiczki, pójdę dziś do miasta! Bo dziś 28 lutego nie? Kto wie, jakie okazje czekają na klientów w ostatnim dniu wyprzedaży :>

Reklamy

Comments (1) »

Chao Sebito, chao chao

Hasta la próxima! Cervecita. O piscolita…? :>

Dobrze że pożegnanie było tak krótkie. 5 sekund dłużej i nie utrzymałabym łez.

dscn29371

2 Komentarze »

How to do things with words

Malkontentka ze mnie. Siedziałam w bunkrze, przy kaloryferze, to źle mi było i narzekałam. Teraz złośliwy karnawał zamknął mi bunkier, to siedzę w domu i jeszcze mi gorzej. Siedzę tu bowiem od czwartku, tłustego, który u mnie całkiem chudy był, w wyciągniętych na tyłku portkach, które wprawdzie dresami nie są, ale dużo lepiej mój tyłek się w nich nie prezentuje. Jeśli nie gorzej. Koszulki owszem, zmieniam codziennie. Ale już wielkiego swetrzyska poplamionego farbą do włosów nie. Całą toaletę ograniczyłam do prysznica z przyległościami, a od wszelkiego kosmetyku nie będącego kremem, bądź talkiem i żelem pod oczy, moja twarz odzwyczaiła się już dokumentnie. Tak samo jak oczy od soczewek kontaktowych. Przemieszczam się od kuchni do  łóżka i kanapy, ciągle w tych portkach i swetrze, i brylach na nosie, notatki i książki rozpostarte na  tej ostatniej prawie nie zostawiają miejsca dla mnie, i pomału coś mi się robi w umyśle. I wcale nie jest to stan spokoju i zadowolenia z przyswojonej wiedzy. Bo ta przedstawia sobą raczej mętlik po którym kołacze się że dwujęzyczność, że język ojczysty lub ten przyswojony w ciągu trzech pierwszych lat życia, że diglosia to wcale nie dwujęzyczność a dwa różne warianty, oficjalny i prywatny, tego samego języka, że od tego kto ile lat do szkółki chodził, zależy jakiego kodu używa, że code switching, a nie, to nie tu, ale za to że król powiedział na otwarciu CILE czyli Kongresu Języka Hiszpańskiego że oni nigdy nikogo do niczego nie zmuszali, w XV wieku szczególnie, a później to już różnie bywało ale ciiiiii,  że castellano to język oficjalny państwa hiszpańskiego i każdy Hiszpan ma obowiązek jego znajomości i prawo do jego używania, więc Katalończycy na to prawo gwiżdżą, na obowiązek zresztą też, i że słowa nie tylko odzwierciedlają rzeczywistość, ale również ją tworzą. I z tym ostatnim to ja się zgadzam w całej rozciągłości. Bo moja rzeczywistość na ten przykład zmienia się diametralnie, jak słyszę takie choćby te echo de menos. Albo aaaaaaah, me tengo que ir, cuídate, chao! Głupie kilka dźwięków, głupi acto fonético, fático, rético, składający się na acto locutivo. Będące równocześnie aktem zwanym ilocutivo. A bardzo często też perlocutivo. I może człowieka strącić w otchłań rozpaczy albo wynieść na chmurkę numer dziewięć, jak śpiewał Adams, Bryan. Szczególnie jak jest aktem zwanym realizativo. Wypowiedź nie Bryan, Bryan jest piosenkarzem. I z całej tej mordęgi, takoż w bunkrze jak i w portkach i na kanapie, ja właśnie tę teorię zapamiętam sobie najlepiej (akty mam na myśli, i tworzenie rzeczywistości, nie Bryana i chmurkę). How to do things with words. A mordęga skończy się już w środę o 9.45.

Leave a comment »

You don’t need anyone, anything at all

Od jakichś 7 lat jest to moja ulubiona piosenka U2 i Stefan zawsze próbuje mnie na nią poderwać i raz, muszę przyznać że mu się to nawet dość udało, o czym plotkowało potem całe biuro, ale to sztuka właśnie na raz była i więcej się mnie na te same plewy nie nabierze. Ale nie w tym rzecz. Rzecz jest w tym że ja tę piosenkę uwielbiam i już przy pierwszych taktach dostaję gęsiej skórki, ale  jej w ogóle nie rozumiałam. To znaczy językowo owszem, ale „co autor miał na myśli” ani w ząb.

Sposobów interpretacji jest pewnie milion albo dwa, i  ja wreszcie odnalazłam swój. Możliwe że trzeba było wcześniej posłuchać co powiedział Bono w Bostonie, ale ja i tak rozumiem ją, że tak powiem. odwrotnie. Znaczy, że coś mówi tymi słowy do mnie, a nie ja do kogoś:

I want you to know
That you don’t need me anymore
I want you to know
You don’t need anyone, anything at all

Who’s to say where the wind will take you
Who’s to say what it is will break you
I don’t know which way the wind will blow
Who’s to know when the time has come around
I don’t wanna see you cry
I know that this is not goodbye

Leave a comment »

Kaczka

Jak coś wygląda jak kaczka, a do tego mówi „kwa kwa”, to w większości przypadków to jest kaczka.

Przez las wtedy szliśmy, ja stanowczo odmawiałam sprecyzowania znaczenia metafory, a on zawsze chciał mieć wszystko wyrąbane czarno na białym, żołnierskimi słowami, może to dlatego inżynier z lingwistką literatką  nie ma wiele do szukania… Pogroził mi, że jak mu nie powiem, zrzuci mnie z tego pagórka, nie uwierzyłam rzecz jasna, bo mało go jeszcze znałam, no i zrzucić mnie wprawdzie nie zrzucił, ale podstawił mi nogę, złapał w objęcia ratując w ten sposób przed niechybnym upadkiem, i, ciągle w tych objęciach, chroniąc moją głowę, stoczył się z tego pagórka, całkiem sporego, razem ze mną. A początek marca to był, upał nie panował i teren raczej wilgotny był… Wracałam potem do domu, ostatnim autobusem jak zwykle, ubłocona po czubek głowy i nieziemsko szczęśliwa.

dscn18621

Comments (1) »

Karnawał

Większości karnawał kojarzy się przede wszystkim z naszym rodzimym karnawałem, który polega na imprezach tak zwanych karnawałowych, które niczym nie różnią się od tych niekarnawałowych oraz z tak zwanym Śledzikiem, który polega na upiciu się we wtorek. Niektórym karnawał kojarzy się też z karnawałem w Wenecji tudzież w Brazylii, który tak naprawdę nie wiem na czym polega, oprócz, odpowiednio, masek i samby, bo nie byłam. Natomiast jeśli kto spyta mnie, tu usłyszy, że mnie osobiście karnawał kojarzy się z karnawałem w wydaniu niemieckim, a konkretnie tym celebrowanym w Północnej Nadrenii Westfalii, który to polega na tym, że całe świętujące społeczeństwo się przebiera, i jak mówię całe, to mam na myśli całe, w przedziele wiekowym od 0 do 99 lat, i pije od samego rana (tu mam na myśli przedział od 12 do 99 lat), głównie na świeżym powietrzu, a konkretnie na rynkach miast, gdzie ustawione są sceny i podstarzali plejboje grają beznadziejną muzykę, a także w knajpach, które są przystrojone karnawałowo i w których rozbrzmiewa ta sama beznadziejna muzyka. Z tym samym ranem ani trochę nie przesadzam, zdarzyło mi się, w pierwszym roku mojego pobytu tutaj, spotkać podczas porannego spaceru po bułki osoby w stanie, w którym nie były w stanie utrzymać się na nogach. I głównymi dniami tegoż karnawału są Tłusty Czwartek, zwany tutaj Altweiber, czyli dzień starych bab, w którym burmistrz oddaje kobietom klucz do ratusza, symbolizując w ten sposób przejęcie przez nie władzy w mieście (w praktyce objawia się to tym, że panie mają prawo obcinać panom krawaty i sznurówki), oraz Rosenmontag, który przypada w poniedziałek po Tłustym Czwartku, i który w kwestii pijaństwa od rana i w przebraniu nie różni się niczym od czwartku, a w kwestii tradycji różni się tym że przez miasto przechodzi tak zwany Zug czyli pochód, składający się z kilkudzesięciu, a w mniejszych miastach kilkunastu, wozów, z których przebrani ludzie rzucają słodycze w przebrany i pijany tłum. Niemieckie społeczeństwo dzieli się na zdecydowanych przeciwników i zdecydowanych wielbicieli Schnapsa do śniadania, stanowisko oficjalne władz Landu jest takie, że w czwartek wszelkie urzędy, sklepy i instytucje są otwarte do 12.00 (!), a w poniedziałek są w ogóle zamknięte, aby każdy mógł skorzystać ze świętego prawa do wypuszczenia świni, tłumacząc dosłownie niemieckie wyrażenie die Sau rauslassen, które pasuje jak ulał do karnawału, bo oznacza zachowania absolutnie niedopuszczalne w innych okolicznościach, czyli, hm, oddawanie przez usta zawartośći żołądka na rogatce, upijanie do prawdziwej i absolutniej nieprzytomności, śpiewy i tańce w miejscach publicznych i strojach mało poważnych tudzież skąpych, jak również śmiałe zaloty w kierunku koleżanki/kolegi, która/y  zawsze się nam podobał(a), a nie jest naszą połówką, lub, najczęściej acz nie tylko, w przypadku osób wolnych i nieskrępowanych, akty będeące czymś więcej niż tylko zalotami. Również mniej lub więcej publiczne. A najlepsze w karnawale jest to, że wszystko idzie w zapomnienie w środę. Aż do następnego karnawału.  

2 Komentarze »

Gupek ze mnie

Ale w sumie nic dziwnego że nie rozpoznałam objawów od razu, bo jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie: Ina jest najzupełniej, absolutnie i całkowicie zakochana. Po oba uszy, oczy i nos. W Sebusiu. A Sebuś wraca do Chile dnia lutego dwudziestego piątego. Roku pańskiego bieżącego.

Wśród wszystkich plag egipskich, babilońskich i innych, wspomnianych w Biblii, Koranie i Talmudzie, nie było nigdy gorszej od Czilijczyków, zaprawdę powiadam Wam ja.

dscn2730

Leave a comment »