Archive for Styczeń, 2009

Właściwie to nie wiem

dlaczego myślę o tym zdaniu. Ty myślisz że jestem nietypowy… może dlatego, że tak wyglądam. Pero verás que en realidad soy bastante chileno. No i zobaczyłam. Zobaczyłam już wtedy, gdy stało się jasne, że będzie nas tylko trójka. Zobaczyłam, w momencie gdy Ina otworzyła mi w pełnym rynsztunku bojowym: spódniczka mogąca z powodzeniem udawać pasek, głęboki dekolt, mocny makijaż. Zobaczyłam w jej spojrzeniach, rzucanych mi przy każdym zamienionym z nim zdaniu. Zobaczyłam, gdy zaczęła tańczyć obok nas i na jego żartobliwą uwagę, że potrzebujemy drugiego faceta, rzuciła to ja sobie pójdę. I jakim tonem to rzuciła. Muszę dodawać że to ja sobie poszłam? No, ale zdecydowanie najlepiej zobaczyłam, gdy nie udało mi się pożegnać ani przynajmniej zakomunikować że wychodzę, bo wpakowałabym się w sytuację co najmniej niezręczną.

I zapewne cały ten post jest poniżej mojej godności, a najbardziej to co napiszę za chwilę, a mianowicie że poczułam mimo wszystko moralną satysfakcję, że ja miałam na sobie dżinsy i zwykłą bluzkę i że to ja odpuściłam.

Bo reconquistę to ja zostawię lepiej mieszkańcom Półwyspu Iberyjskiego.

ps. Przysięgam że gdyby ktoś mi powiedział 15 lat temu, że za 15 lat CIĄGLE  jeszcze będę się zmagać z takimi problemami, powiedziałabym że mu się śrubka poluzowała.

ps2. No ale czego ja się spodziewałam po 30 stycznia??? Uwierzycie że od lat i co roku czuję się w tym dniu dokładnie tak samo?!?

Comments (1) »

Wieści z bunkra, gula i grzechy główne

Tfu, z biblioteki chciałam powiedzieć. Ale w sumie wielkiej różnicy nie ma, bo siedzimy całkiem na dole, w maleńkim pomieszczeniu, jako bunkier moim zdaniem doskonałym, do którego schodzi się ślimakowatymi schodkami, i w którym naprawdę panuje tak zwana atmosfera pracy. Pomijając oczywiście moje nieprzewidziane ataki śmiechu, ale te dostarczają tylko niezbędnej rozrywki. Rozrywka rozrywką, tak szczerze to wcale mi nie jest do śmiechu, bo cechy charakterystyczne stref dialektalnych Ameryki Południowej są dla mnie jeszcze ciągle nie całkiem jak paciorek, a czas leci, za to spędziłam dziś sporo czasu wertując słownik hiszpańsko-niemiecki i dyskutując z Sebusiem czy możliwym jest, żeby grzech główny, po hiszpańsku pecado capital, nazywał się po niemiecku Kardinalsünde a nie na przykład Kapitalsünde. Ku obopólnej frustracji nie osiągnęliśmy satysfakcjonujących efektów, bo gUpi słownik, mimo 2 kilogramów wagi (na oko) mówił tylko że Todsünde, czyli grzech śmiertelny. Potem przeszliśmy do konkretnych grzechów, i już przy sprawdzaniu jak jest gula (hiszp. nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, swoją drogą śliczny eufemizm po polsku), dostałam umiarkowanego ataku głupawki, bo skojarzyło mi się to natychmiast z naszą swojską gulą w gardle, którą mam na ten przykład, jak patrzę na Sebusia i wspominam opisaną tu scenę, a która z jedzeniem i piciem nie ma nic wspólnego. Ani z grzechem, myślę :> A potem, jak  znaleźliśmy między innymi odpowiednik Gefräßigkeit, po polsku obżarstwo (swoją drogą lepiej oddaje istotę rzeczy niż ten eufemizm wyżej), głupawka była już prawie doskonała.  Były też inne odpowiedniki, zapewne bardziej adekwatne, ale tutaj znowu guzik nam z tego przyszło, bo przy żadnym nie było kwalifikatora grzech główny. Za to jeśli chodzi Gefräßigkeit, obydwoje byliśmy pewni i zgodni, że co jak co, ale niemiecki język w taki sposób by spraw po imieniu nie nazwał.

Swoją drogą, jeśli już mowa o guli, naszej, nie hiszpańskiej, zastanawiałam się tutaj jak się poczuję, gdy go znowu zobaczę. Dziś był ten pierwszy raz i oprócz autentycznego i niewytłumaczalnego wrażenia, że świat stanął w miejscu, albo przynajmniej sporo zwolnił, w momencie plasowania moich dwóch powitalnych buziaczków na jego brodatych policzkach, to było całkiem normalnie.

Leave a comment »

Wracałam do domu

Po tym jak Reyes, z okazji skończenia 29 wiosen skrzyknęła swoich przyjaciół (do których, po latach bycia jej studentką, się od jakiegoś czasu zaliczam) na sushi. Bardzo lubię spotykać się z paczką Reyes, bo grupa to bardzo heterogeniczna, składająca się z posiadającego jędzowatą żonę w typie Herr Flicka i dwoje słodkich sztuk progenitury Peruwiańczyka, który cały wieczór doszukiwał się związku zmiany mojej fryzury ze zmianami w moim życiu uczuciowym, niewielkiego rozmiarem i na pierwszy rzut oka spokojnego i nudnego, potrafiącego jednak błyszczeć inteligentnym humorem zachowując kamienną minę Kostarykanina, strasznie dobrze wychowanej, starszej od nas wszystkich i zaskakująco cichej Hiszpanki, drugiego Peruwiańczyka, dla odmiany bardzo młodego i dość dziecinnego, który wprawdzie zmian na mojej głowie nie dostrzegał, ale twierdził że me queda bonito, Niemki, którą Reyes bardzo lubi, a ja nieustająco nie rozumiem dlaczego, oraz jej osobistego novio, również z Kostaryki, który jest najsympatyczniejszym Klugscheißerem, jakiego znam, i tym samym najbardziej typową zodiakalną Panną. I w takim składzie wracali my całą szerokością ulicy, głośno, przekrzykując się nawzajem i śmiejąc, jakby szampana nie przypadała na łeb lampka, a co najmniej flaszka, gdy zza rogu wypadł pies. Wielki, gabarytów średniego cielaka. Wypadł, a Reyes, która przejęła wprawdzie niektóre wyrażenia swych latynoskich przyjaciół, ale Hiszpanką z krwi i kości pozostała , wrzasnęła pełną piersią A su puta….! Joderrrr, qué susto!!!!!!*

Po czym okazało się, że właścicielka zwierzątka znajdowała się takowoż za tym rogiem, w licznym towarzystwie innych dziewczyn, a wszystkie razem były studentkami Reyes.

*dość, że tak się elegancko wyrażę, silne w wymowie przekleństwa, w Hiszpanii powszechne praktycznie w każdej sferze, w Niemczech natomiast, że tak się znowu elegancko wyrażę, cokolwiek rzadkie w ustach wykładowców uniwersyteckich, dla których, z racji sztywniactwa i układności niemieckiego języka, w ogóle nie ma odpowednika.

Leave a comment »

Nie-recenzja

Aby uczcić koniec obrzydliwego i upływającego pod znakiem rozmaitych okropieństw tygodnia, wśród których na pierwszy plan wysuwała się biurokracja, jeden Sachbearbeiter, nie określany przeze mnie innymi słowy jak dieser Arsch, zaświadczenie o odbytym 4 lata temu kursie łaciny, pismo z uczelni oraz Prüfungsamt, postanowiłam iść do kina. Poszłam ze wspomnianą w poprzednim poście przyjaciółka, z którą, wbrew temu co niektórzy może myślą, nie mam wcale napiętych stosunków, która mnie nie unika, nie spluwa z pogardą na mój widok, ani nawet nie odwraca ostentacyjnie głowy jak mnie widzi. Poszłam więc, mówię, i nawet udało mi się przeforsować film, na który miałam pójść już dobre dwa miesiące temu, nie wiedzieć czemu nie poszłam, i który z równie niewiadomych przyczyn wciąż pokazują w tym samym kinie. Może w kinematografii też kryzys i innych filmów im brak. Jakiekolwiek jednak by nie były tego faktu powody, w programie na piątkowy wieczór stało jak byk Vicky Cristina Barcelona, reżyseria Woody Allen.

Nie będę Wam tu recenzji serwować, powiem tylko, że po dwóch godzinach oglądania Scarlett Johanson, mimo że niewątpliwie piękna i apetyczna z niej kobieta, a de gustibus i tak dalej, stwierdzam że ja gdybym była facetem, wolałabym kobiety drobne i wąskie, bez rozłożystych kształtów, i cieszę się na nowo, że do takich się właśnie zaliczam. Tak zwane curvas (nie mylić z kurwami) to zdecydowanie nie mój typ. Te pełne usta też nic takiego. Następnie powiem Wam, że Penélope Cruz powaliła mnie na kolana, na łopatki, na żebra, co kto chce, tak wspaniale zagrała w tym filmie. Jako neurotyczna, zwariowana, ociekająca seksapilem, niezrównoważona, odpalająca jednego papierosa od drugiego, temperamenta María Elena była po prostu boska i postanowiłam, że też chcę taka być jak dorosnę! :> Jako punkt trzeci i ostatni powiem Wam, że Javier Bardem, mimo rozklepanego nosa, pod względem przyjemności z kontemplacji uplasował się co najmniej na tej samej pozycji co zdjęcia Barcelony, która jest moim ukochanym miastem ever.

A potem poszłyśmy jeszcze na piwo, wyjaśniłyśmy mnóstwo rzeczy, obie musiałyśmy nie jeden i nie dwa razy przełknąć pigułę, z piwa zrobiło się drugie piwo, a właściwie to trzecie, bo w czasie filmu było pierwsze, ostatnie drobiazgi wyjaśniałyśmy jeszcze stojąc w huraganowym wietrze na skrzyżowaniu, na którym się zawsze żegnamy, po czym udałyśmy się w kimono, by o 10 rano stawić się dziś, świeże jak skowronki, na łorkszopie na temat kierowania zespołem.

Leave a comment »

Pytanko

Wiem, że jest kilka osób które tutaj zaglądają, niektóre nawet regularnie, i dziś chciałabym Was prosić o przysługę.

Wyobraźcie sobie taką sytuację, z życia wziętą, że macie przyjaciółkę, dobrą, sprawdzoną, która Was nigdy nie zawiodła, i z którą macie tylko jeden problem. Otóż macie wrażenie, że ta przyjaciółka, zawsze kiedy widzi, że interesuje Was jakiś facet, wkręca się między Was i faceta, i zawsze okazuje się, że na temat, o którym Wy nie macie bladego pojęcia, ona może dyskutować z wielką pasją, że hobby faceta przypadkiem jest i jej wielkim hobby, i chcąc nie chcąc widzicie jak uwaga faceta odpływa od Was i zwraca się w stronę przyjaciółki. Nie chodzi o „odbijanie” faceta już w jakiś sposób z Wami związanego, tylko o ten etap kiedy facet być może jeszcze nie całkiem wie czy mu się podobacie czy nie, i macie wrażenie że po poznaniu jej, Wy już nie macie najmniejszej szansy. Jeśli chodzi o urodę, wiadomo że to kwestia gustu, przyjaciółka do całkiem obrzydliwych się nie zalicza i nikt na jej widok raczej nie spluwa ze wstrętem, ale to samo można powiedzieć i o Was.  I ogólnie to wszystko zdarzyło się więcej niż jeden raz i przyjaciółka zawsze swój cel osiąga, to znaczy, w efekcie to ona coś ma z tym facetem, a nie Wy.

I moje pytanie: Myślicie że to jest w ogóle możliwe??? Że ktoś jest w stanie tak manipulować facetami i zawsze mu się to udaje???  Macie do niej pretensje, czy myślicie że cóż, jest ode mnie atrakcyjniejsza i nic nie mogę poradzić.

Będę Wam bardzo wdzięczna za odzew, bo zmagam się z tematem od dłuższego czasu i niedługo zwariuję z pewnością…

5 komentarzy »

Aneks do ostatniego wpisu

Jak myślę teraz o tym piątku to:

1. Trochę mi wstyd za monotematyczność, bo zawsze napawała mnie pogardą u innych osób

2. Najlepiej zachowałam w pamięci ostatnią scenę, kiedy to półleżałam na knajpianym stoliku, Sebito głaskał moje plecy a potem krótkość moich włosów na karku, co doprowadziło mnie do gwałtownego powstania i wymamrotania nie patrząc mu w oczy:

  • Pero lo pasamos bien, no..? Lo siento… que me haya puesto así…
  • (biorąc mnie w tak zwane objęcia) Lo pasamos muy bien y no importa como te hayas puesto.

I nie wiem które przeważa. Nie wiem również jak bardzo będzie mi wstyd jak go znowu zobaczę :>

Comments (1) »

Jacie

Zaprosiłam wczoraj Sebito na konsumpcję i degustację przywiezionego przeze mnie z Polski piwa w ilości puszek 5. Odebrał mnie z roboty o 21, w której to robocie stałam 7 godzin na obcasach, bo zapomniałam, że jak się stoi to się nie zakłada obcasów, byłam wymięta, makijaż miałam w stanie szczątkowym, twarz mi się świeciła jak reflektor albo zgoła latarnia morska i ogólnie wygląd, jak i samopoczucie miałam mało wyskokowe, ale przez to tym większą ochotę na nadużycie procentów. Do domu poszliśmy piechotą, bo chodzenie w paradoksalny sposób lepiej mi robiło na stopy niż stanie. Sebito się wprawdzie zaoferował, że weźmie mnie na barana, ale nie chciałam.  Za to droga nam szybko zleciała, bo spędziliśmy większość czasu na rozważaniach jak jest baran po hiszpańsku i po niemiecku. Po uwolnieniu się od obcasów i zamienieniu białej koszuli na wyciągnięty tiszert wydobyłam puszki z otchłani lodówki i party się zaczęło. Podczas konsumpcji udzieliłam Sebito przyspieszonego kursu polskiego folkloru, muzyki, języka i geografii, jako materiałów pomocniczych używając youtube, wikipedii i google. 5 puszek na 2 osoby nie jest ilością jakoś przesadnie porażającą,  około godziny 1.30 i wysączeniu ostatniej kropli z puszki numer 5 stwierdziliśmy więc, że to absolutnie wystarczyć nie może. Decyzja o powrocie do centrum i kontynuacji spożycia w jakiejś knajpie została podjęta błyskawicznie, jeszcze szybciej obułam stopy w PŁASKIE buty, na wyciągnięty tiszert włożyłam równie wyciągnięty sweter, lustra nie zaszczyciłam ani jednym spojrzeniem, i ruszyliśmy. Znowu piechotą, tym razem z konieczności. Po dotarciu na rynek musieliśmy stwierdzić że mimo piątku w większości knajp stawiają już krzesła na stoły, więc chcąc nie chcąc wylądowaliśmy w przybytku ostatniego ratunku, otwartym do rana i o autoramencie prawie spelunki, ale caipirinhę robili tam niezłą. Całkiem do rana tam nie zostaliśmy, zaledwie do 4.30, i naprawdę dawno z nikim nie rozmawiało mi się tak dobrze, dawno nie byłam tak zrelaksowana, dawno nie był mi tak obojętny własny wygląd zewnętrzny, dawno nie bolały mnie tak stopy, dawno tyle czułam się tak fit na drugi dzień po tak intensywnym spożyciu.

A, konkurs wygrało Dębowe Mocne, na drugim miejscu uplasował się Żubr, a na trzecim nie pamiętam :>

Leave a comment »