O pułapkach wyprzedażowych i (tradycyjnym) czekaniu na urlop

Nic nie piszę, bo zajęta jestem. Pracą zawodową. Sierpniowy kurs w ramach naszej Summer school daje mi się bardzo we znaki, sama właściwie nie wiem dlaczego. Może to przez jedną z grup, która mi działa na nerwy, może przez fakt że codziennie (CODZIENNIE) muszę wstawać o 6.40, moźe przez to, że po tym wstaniu muszę przez 35 minut maszerować, i potem drugie tyle z powrotem (niby mogłabym pojechać autobusem, ale autobus jest dla mięczaków, a te 6 km dziennie to doskonałe kardio), a może po prostu BO TAK. Niezależnie od powodów fakt jest taki, że przebieram nogami odliczając dni do urlopu i aktualny stan rzeczy, to jeszcze 8 wstań w środku nocy. Cieszę się tym bardziej, że po raz pierwszy od miliona lat biorę równe 2 tygodnie urlopu. A nawet 15 dni! 

Z innej beczki muszę wyznać, że nienawidzę oddzielnego kupowania góry i dołu od bikini. Szczególnie na wyprzedażach, kiedy nie ma już wszyskich rozmiarów, a jeszcze szczególniej, kiedy darmowa wysyłka jest od 30 euro… Bo tak: patrzę sobie na bikini w Mango, jedne mi się podoba, patrzę na rozmiary, klikam górę M, dół M, widzę że są dostępne. Nie mając doświadczenia z rozmiarówką Mango w temacie bikini, a wolę, jak ta akurat cześć garderoby zasłania mi więcej niż mniej, decyduję, że dobra, bierzemy to M. Do darmowej wysyłki zostaje mi 12 euro. Znajduję przyzwoity kombinezon akurat za tyle (nie posiadam jeszcze żadnego, same sukienki), widzę że z wiskozy, mając nadzieję, że to taka lejąca wiskoza, a nie taka dżersejowa klikam w kombinezon, załatwione. Po 5 minutach przychodzi mejl, że za długo szukałam kombinezonu i tę eMkę w gaciach mi w międzyczasie wykupili. Zgrzytając zębami myślę, że stanik bez gaci mi na nic i że dokupię chociaż tę eLkę, może różnica ogromna nie będzie. Do darmowej przesyłki brakuje mi 22 euro. Znajduję inne bikini, nieco tańsze, a też ładne, klikam w górę i w dół, eMka dostępna, na wypadek, gdyby tamta eLka okazała się jednak za duża nabywam bikini. Do darmowej przesyłki brakuje mi 4 euro. Znajduję fajną plażową kosmetyczkę za piątkę. Nabywam. Tym oto sposobem, chcąc zakupić jedno taniutkie bikini na wyprzedaży, zakupiłam dwa, jeden kombinezon i jedną kosmetyczkę. Paczki maja przyjść jutro i szukam kogoś, kto się założy, że wszystko będzie mi się podobało, leżało jak ulał i skoro już przyszło, a kasę i tak mi zainkasowali, to niech już zostanie… 

Ten za to, jeszcze przed triatlonem, pojechał kupić sobie buty na rower i wrócił z kamerą sportową. (Butami też.) W celach sportowych jeszcze jej nie użył, a zdjęcia robi takie:

Leave a comment »

O dzisiejszym

A już tak ładnie mi szło regularne pisanie!… A tu masz. Prawie miesiąc przerwy. Jeśli chodzi o czekanie na mejle, to się doczekałam, czemu nie, nadchodzi kolejny etap pracowy, blablabla, ale ja w ogóle nie o tym chciałam. 

Dzisiaj Ten, ważący przed sześciu laty sto dwadzieścia kilogramów Ten, w pięknych okolicznościach przyrody w belgijskim Eupen ukończył połowę Iron Mana. (Dla niezorientowanych = normalnych ludzi: przepłynął 1,9 km, przejechał rowerem 90 km, a potem przebiegł półmaraton, czyli 21 km.) Dla mnie absolutny kosmos. Więcej ryczałam wprawdzie, kiedy wziął się za te całe triatlony trzy lata temu i po raz pierwszy ukończył jedną czwartą dzisiejszego, ale emocje, jakich doświadczyłam dziś, były z niczym nieporównywalne. Sama ze sobą przez 6 godzin i 24 minuty, czekając na niego przy kolejnej rundzie, mówiąc do niego w myślach, że da radę, rozjaśniając się uśmiechem za każdym razem, kiedy rozpoznałam na horyzoncie wzorek jego kombinezonu, za każdym razem odczuwając PODZIW: on dalej do przodu. Morał z tej historii może być tylko jeden: Naprawdę możemy wszystko. Może nie zawsze dokładnie tak jak byśmy chcieli, ale determinacja i ośli upór w dążeniu do celu to prawie gwarancja sukcesu. Sama będąc z tych, co się szybko zniechęcają, uroczyście postanawiam wziąć przykład z jego nastawienia, amen. 

Pływania nie udało mi się uwiecznić, ale wierzcie mi, że wyglądał po nim jakby wyszedł właśnie z relaksującej kąpieli (od razu wiadomo kto pływa od 3 miesiąca życia), po wyżej wymienionym + 22 km na rowerze wyglada się tak.


A tak po ukończeniu 90 km.

Ostatnie metry. Widać że ciągnie resztkami, ale prze do przodu. 

2 komentarze »

O dobrym w tym tygodniu

Gdybym miała powiedzieć, co dobrego wydarzyło się w tym tygodniu, to jedyne co przychodzi mi na myśl to dzisiejszy good hair day. I może jeszcze bardzo ładne czerwone koralowe sandałki na wygodnym szerokim obcasie, zakupione dziś w Mango za 1/3 pierwotnej ceny, na które Ten spojrzał z wielkim zdziwieniem i zapytał na jaką okazję kupiłam coś tak strojnego. Otóż na żadną, zamierzam nosić je z prostymi w kroju dżinsami (nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam na sobie rurki) i kto wie czy nie tiszertem. Poza tym, nic, pustynia i bezludna wyspa, stres, nerwy i znowu czekanie na mejla. Chyba jestem skazana na wieczne czekanie na jakieś mejle, ciekawe co takiego zrobiłam. 

A dzisiaj rano pobiłam rekordy szybkości, o 8.17 zakończyłam bycie informowaną, że jedna koleżanka, z którą prowadzę aktualny kurs nie przyjdzie do pracy i pytaną czy mogę ją zastąpić, a o 9.00 wchodziłam do sali, w której miałam zajęcia. W międzyczasie zdążyłam wziąć prysznic (akurat wypadało mi spanie z olejem rycynowym na głowie, więc absolutnie NIE MOGŁAM nigdzie iść bez umycia włosów), wysuszyć łeb, ubrać się, umalować i wypić kawę. Banana zjadłam po drodze. Uważam, że powinnam dostać medal. 

Z inną z kolei koleżanką prawie zderzyłem się wczoraj w drzwiach w pracy, po czym spojrzałyśmy na siebie i wybuchłyśmy wielką wesołością: obie miałyśmy na sobie białe bluzki z haftowanymi kwiatami, jasne dżinsy i jasne espadryle na płaskim koturnie. Bluzki miały wprawdzie zupełnie inny krój, ale zawsze!… Mówię, pustynia i bezludna wyspa. 

Comments (1) »

O życiu jak w Madrycie

Wróciliśmy. Z bardzo mieszanymi uczuciami, bo:

Po pierwsze pogoda. Naprawdę zaczynam wierzyć, że na festiwalach NIE MOŻE być ładnej pogody. Możliwe też oczywiście, że to my przyciągamy deszcz, ale czy dwie osoby naprawdę mogą sprawić, że dokładnie na czas trwania festiwalu skończy się ponad trzydziestostopniowy upał i spadną deszcze zdolne zalać kilka stacji metra oraz odwołać kilka lotów…? Po zakończeniu festiwalu upał wrócił ma swoje miejsce.

Po drugie rock and roll is not dead. Zarówno Foo Fighters jak i Green Day dowiedli tego nie zostawiając miejsca na wątpliwości. Nigdy nie byłam jakąś zapaloną fanką żadnego z nich, a o tym że wokalista Foo Fighters to ten z Nirvany dowiedziałam się może z 7 lat temu, ale oba koncerty były fantastyczne: ostre darcie japy, świetne gitary i doskonała interakcja z publicznością. A jak Dave na sam koniec zaintonował I’ ve got another confession to make… I’m your fool to łzy same, bez mojej zgody, potoczyły mi się po policzkach. Takie koncerty to ja rozumiem. 

Po trzecie wypadek. Drugiego dnia, przed koncertem Green Day właśnie, podczas występu akrobatów na linie, jeden z nich spadł z wysokości 28 metrów i upadku niestety nie przeżył. Osobiście tego nie widziałam, dowiedziałam się dużo później z szeptanej poczty pantoflowej, nie wiedząc nawet czy to fakt, czy plotka. Plotka okazała się faktem, przy czym Green Day nie zostało powiadomione z uwagi na możliwość odwołania koncertu, w co wielu uczestników festiwalu nie uwierzyło, i dało upust niewierze w komentarzach o braku serca i człowieczeństwa. Osobiście nie mam wątpliwości że nie wiedzieli, dziwne wydaje mi się natomiast zachowanie organizatorów, gdyż w tym samym dniu nie było absolutnie żadnej oficjalnej informacji, wypadek po prostu został pominięty milczeniem, oficjalnie z powodu obaw o wybuch paniki i niemożność zachowania bezpieczeństwa w wypadku przerwania imprezy. Nieoficjalnie, nie wiem czy nie z powodu strachu, że fani zechcą odzyskać pieniądze za odwołane koncerty. 

Po czwarte saturday night in Madrid. Jak już wspomniałam, ostatniego dnia odpuściliśmy sobie festiwal, tym bardziej bez żalu, że po wyżej wymienionym punkcie trzecim, mieliśmy lekki niesmak. Zamiast tego udaliśmy się do centrum i chyba po raz pierwszy w Hiszpanii kolacja była (tylko) okay. Nic więcej. (Wino natomiast doskonale, jak zawsze.)

Po piąte (ale to już nie wina Madrytu) powrót. Lecieliśmy do belgijskiego Charleroi, było potwornie wcześnie, a my niemożliwie niewyspani, i WSZYSTKIE pociągi miały opóźnienie. Aż do dzisiejszego poranka miałam wrażenie, że cierpię na narkolepsję, zasypiałam prawie na stojąco i nie byłam w stanie na dobre się dobudzić. 

I po ostatnie nie związane z tematem chciałam publicznie ogłosić, że kocham Unię Europejską, kocham tę oczywistość, z jaką przy rezerwacji lotu wybieram lotnisko, nie zwracając uwagi czy leży w Niemczech, w Belgii czy w Holandii, a patrząc tylko na dogodność czasową i finansową, bo mogę swobodnie dotrzeć pociągiem gdzie tylko zechcę, nie czując, że zmieniłam kraj pobytu. Kocham za zniesienie roamingu, za możliwość korzystania z telefonu i z internetu praktycznie bez granic ni kordonów. I to są tylko dwa najnowsze powody mojej miłości. 


Ekipa festiwalowa w specjalnie zakupionych płaszczach przeciwdeszczowych. Na szczęście nie musieliśmy z nich korzystać. 


Madcool 2017. Bardzo słodko-gorzki. 

2 komentarze »

O mignięciu czerwca i początkach lipca

Nie mówiłam, że czerwiec tylko mi mignie przed oczami? No i mignął. (Oraz zgodnie z przewidywaniami treningi mi nieco kulały – na 30 dni tylko 12 było treningowych. Najgorszy wynik od lutego.) Już mamy lipiec, i to trzeciego, co oznacza, że za dwa dni (pojutrze!) lecimy do Madrytu na Madcool. Ze względu na fantastyczne reakcje z Openera najbardziej cieszę się na Foo Fighters i mam nadzieję że w 30 stopniach wyjdzie im tak samo dobrze, jak w polskiej ulewie. Na te 30 stopni też się cieszę, tym bardziej, że ostatniego dnia festiwalu czyli w sobotę raczej go sobie podarujemy, bo nasi gospodarze idą na wesele, i wybierzemy rundkę po madryckich barach. 

A wczoraj przez Aachen przejeżdżało Tour de France i Aachen oczywiście musiało obronić swoją złą sławę: dokładnie 10 minut przed dotarciem kolarzy do miasta zaczęło lać i dokładnie 5 minut po jego opuszczeniu wyszło słońce. My natomiast zorganizowaliśmy sobie „Tour Party” z paellą i różowym winem oraz dokładnym podziałem na gender: po obiedzie mężczyźni (włącznie z 2-letnim Lorenzo) udali się na balkon w celu palić i pić rum, a kobiety (włącznie z 3-miesięczną Luisą) zostały w salonie w celu oglądać i komentować teledyski na kanale Topreggeaton i pić wino. 

Tymczasem powinnam pakować walizkę, a nie mam bladego pojęcia, co na ten upał do niej włożyć. 

Leave a comment »

O ramionach Rachel i pohulaniu

Każdy, kto kiedykolwiek coś ćwiczył, ma jakieś swoje sylwetkowe cele. Nawet jak ktoś się upiera, że robi to dla zdrowia i takie tam. (Ja ogólnie się upieram, dla zdrowia i niewyglądania staro.) Niewatpliwie jestem dziwna, ale osobiście zawsze chciałam mieć ładnie zdefiniowane ramiona i mięśnie na plecach. Pewnie dlatego, że nogi zawsze uważałam, że mam niezle, brzuch można wciągnąć, tyłek może i nieco płaski, ale i tak nienajgorszy, ale ramiona? Bez ciężarów ni huhu. I moim absolutnym ideałem zawsze była Rachel w sukience bez ramiączek, opalona, z gładką skórą, rzucająca na podłogę świeżo upraną bielizną Moniki. Pamiętacie? Dziś po treningu z wielkim wzruszeniem oglądając się w lustrze, stwierdziłam, że jestem bliżej celu niż nigdy. Nie mogę wyjść ze zdumienia, jak dużo daje konsekwencja i odrobinę systematyczności – niby ćwiczę od jakichś trzech lat, ale po początkowej euforii na fali Chodakowskiej, ćwiczyłam przeciętnie 6-8 razy w miesiącu, a 10 treningów było absolutnym maksimum. Teraz od lutego ciągnę z połową dni miesiąca i różnica jest kolosalna. Do tego stopnia, że dwie ciotki ( z których jedna, to nigdy bym nie przypuściła, że w ogóle na mnie PATRZY i cokolwiek może porównać) i jeden wujek Tego (lekarz, do tego sam trenujący) zagadnęli mnie na plaży na temat tego ILE SCHUDŁAM. Z absolutnym stuporem wybąkałam, że nic, a nawet wręcz przeciwnie, ważę tyle co nigdy. Co zresztą przy stwierdzeniu tego faktu odrobinę mnie zdezorientowało, bo po letnich sukienkach sądząc, też myślałam, że jednak schudłam. Zaraz potem zalała mnie fala wdzięczności do owych ciotek i wujka, bo jednak czyjeś obiektywne o obojętne oko znaczy więcej niż lustro, albo chłop widujący mnie często w skąpym odzieniu. 

Po tym przydługim wstępie bardzo proszę odseparować mnie od mojej karty kredytowej, bo wyprzedaże dopiero się zaczęły, a ja już pohulałam. Gdzie minimalizm, gdzie odwyk zakupowy?!? Doprawdy, wystarczyło kilka tlustszych miesięcy, żebym wyrzuciła za burtę wszelkie chwalebne postanowienia, a termin u szefowej dopiero za pare dni i nie wiem, czy będę po nim bardzo szczęśliwa czy raczej bardzo smutna. (Oba przypadki mogą zaowocować ponownym sięgnięciem po kartę kredytową.) 

A w sobotę Ten stworzył kolejną wariację naszego letniego hitu pijackiego: zmiksowany arbuz z martini, odrobiną dżinu i lodem. Pycha! 

Comments (1) »

O nawrocie dżumy i pewnym szoku. 

Przedwczoraj, zupełnie znienacka i bez ostrzeżenia, po dość długim bezobjawowym czasie, a za sprawą piszącej o modzie Harel, którą obserwuję na instagramie, dostałam ataku. Poważnego ataku dżumy butnej. Nie znaczy to oczywiście, że przez długi czas nie kupowałam butów, skądże znowu. Kupowałam, ale tak nienachalnie, prawie od niechcenia, bo zauważałam że nie posiadam czarnych sandałów na przykład i nieźle byłoby posiadać. I nawet kosztował mnie fakt, że musiałam wybierać i decydować. Możliwe, że nie powinnam była, bo za sprawą ataku, czyli niepohamowanej ochoty, niezależnej ani od stanu konta, ani stanu posiadania butów, ani tym bardziej od rozsądku typu „potrzebuję czarnych sandałów”, stałam się posiadaczką (jeszcze nie fizyczną) tych Vagabondów. Napraaaaaaawdę dziwnych. I czekam teraz z napięciem aż przyjdą, może dlatego, że rozmowa z szefową już za chwileczkę już za momencik i napięcie tak naprawdę dotyczy czegoś innego. 

Jeśli chodzi natomiast o tyfus sukienkowy, to kwitnie i owocuje.

A skoro mowa o instagramie, to odkryłam, raczej z nieprzyjemnością niż przyjemnością, że ogromny wpływ na moje postrzeganie ludzi ma ich głos. Albo nawet i nie tylko głos, także wygląd kiedy mówią. Już wyjaśniam. Większość obserwowanych przeze mnie osób ogladalam przez sporą ilość czasu na zdjęciach. Które jak wiadomo są płaskie i nieme. Aktualnie, za sprawą instastories zaczęłam niektórych rownież słuchać oraz patrzyć na nie, podczas gdy do mnie mówią, i nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym jak BARDZO irytuje mnie głos do tej pory sympatycznych osób, oraz jak fakt pokazywania zębów i ruchów twarzy podczas mówienia zmienia wygląd. Dobra, wiem że to nie ich wina, ani nic z tych rzeczy, po prostu dotarło do mnie jak mało widać na samych zdjęciach. 

Leave a comment »