O tym że lecimy! (Chyba)

Chyba, bo jest godzina 00.07, a Ten wciąż jest w biurze. Od 7.00. 

Osobiście w tym tygodniu odpracowałam już zapalenie ucha i bolący mięsień w plecach. Pewnie dlatego, że zabraniałam Temu grać w koszykówkę w weekend, żeby przed wyjazdem nie zrobił sobie żadnego kuku. Proszę bardzo, kuku pokarało mnie. 

Od kiedy wróciłam z Polski haruję jak dziki osioł, możliwe że zdołam nieco odprężyć sytuację finansową i nawet wkrótce znowu coś sobie kupić. (Malutkiego i taniego.) Naprawdę zasłużyłam sobie na te wakacje, nieważne czy będzie 15 czy 19 stopni (nieszwagierka w tym samym czasie leci do Madrytu i zapowiadają przymrozki oraz deszcz ze śniegiem), w walizce mam zarówno bikini, jak i zamszowe botki, nogi na wszelki wypadek wydepilowałam i zamierzam spędzić ten tydzień najlepiej jak tylko się da. Pić wino codziennie przynajmniej raz dziennie, spożywać krewetki i/lub kalmary jak wyżej, gapić się na ocean, chłonąć witaminę D (czy to można przedawkować? Bo wciąż suplementuję.), podziwiać widoki i nie włazić do internetu. W tym roku dotrzymywanie postanowień idzie mi jak nigdy!

Leave a comment »

O zupie i mikserze

A w czwartek było u nas tak:

(A trzeba Wam wiedzieć, że Ten ma charakter niezwykle wybuchowy, złości się potwornie bez wielkiej okazji i równie szybko mu przechodzi.)

Ten wrócił z pracy późno, w złym humorze i zabrał się za robienie zupy- kremu. Z brokuła i cukini, jeśli chodzi o ścisłość. Osobiście oglądałam Homeland na kanapie, usiłując nie wchodzić mu w drogę, gdy usłyszałam głośne PLUM, oraz pełen niezrozumiałej satysfakcji okrzyk Tego. Zanim jeszcze doleciałem do kuchni, już wiedziałam co się stało. Mikser faktycznie śmierdział ostatnio spalenizną przy każdym dłuższym użyciu, mimo że miał dopiero 3 lata, no i teraz wziął i przepalił się na dobre. Moment wybrał sobie średni, bo zupa nie była jeszcze całkowicie zblendowana, więc Ten, już bliski wybuchu, wygrzebał z szafki stary plastikowy mikser, włączył go do tego samego kontaktu, w którym był mikser przepalony, pstryknął włącznikiem, nie odnotował reakcji, wyszarpnął kabel z kontaktu, po czym z impetem pizgnał urządzeniem do kosza na śmieci. Patrzyłam na to wszystko bez słowa, myśląc sobie jedynie, że w tym kraju w ŻADNYM WYPADKU nie wolno wyrzucać urządzeń elektrycznych do zwykłych śmieci i gdzie w takim razie należy je wyrzucić, a Ten otworzył lodówkę, żeby zamiast połowicznie zblendowanej zupy przygotować na tę kolacje na przykład jajecznicę. W lodówce nie było światła, czego Ten nie zauważył. Nieśmiało powiadomiłam go o fakcie, sugerując, że mikser w śmieciach może być w porządku, tylko w kontakcie nie ma prądu. Dziw że trupem na miejscu nie padłam od wzroku, z jakim Ten wyciągał mikser ze śmieci i mył go pod kranem. Zupę można było zblendowac, dużo bardziej problematyczna okazała się natomiast lodówka, która w absolutnie nie mogła nie być podłączona do prądu. Korki w mieszkaniu były w porządku, więc Ten zaczął już snuć ponure, acz (nie wiedzieć czemu) pełne złośliwego triumfu wizje skuwania ściany i naprawiania tkwiacego w niej kabla, a moją propozycję poproszenia o rzucenie okiem naszego przyjaciela Antonio, który z prądem elektrycznym jest w znakomitych stosunkach, zbył okraszonym pobłażliwym uśmieszkiem stwierdzeniem, że przecież wszystko jest JASNE, skoro korki są w porządku. Znalazłam więc przedłużacz, lodówkę wysunęliśmy prawie na środek kuchni, bo kabel wciąż był za krótki, i usiedliśmy do jedzenia nieszczęsnej zupy. Zupa okazała się niesłona. Najpóźniej wtedy zaczęło mi się chcieć z tego wszystkiego bardzo śmiać, ale nie mogłam, bo Ten wciąż był wściekły. Kiedy jednak, w połowie zupy, nagle wstał i bez słowa udał się do piwnicy, gdzie znajdował się główny bezpiecznik, a potem wrócił i wszystkie kontakty znowu działały, a ja przypomniałam sobie, jak wyciągał mikser ze śmieci, zaczęłam nagle wyć, kwiczeć, szlochać, piać, chrumkać, a łzy ciurkiem leciały mi z oczu. Śmierci uniknęłam, bo Ten był w pierwszym momencie za daleko, a w drugim śmiał się i on.

Dziś jest niedziela, a lodówka w dalszym ciągu stoi na środku kuchni. 

Leave a comment »

O tym że czekam na dwudziestego trzeciego

A nie, wcale nie utopiłem się w wychodku, ani nawet nigdzie indziej, tylko zwyczajowo, jak w każdym marcu i wrześniu, robię dwa tygodnie intensywnego i chwilowo uznaję za sukces, jeśli uda mi się położyć spać bez uprzedniego zaśnięcia na sofie. Rownież w weekend. 120 godzin lekcyjnych w dwa tygodnie poniewierają mną okrutnie, ale wizja Wysp Kanaryjskich za tydzień i trochę, sprawia że wytrzymuję. (Z drugiej strony prognoza pogody trochę mnie martwi, ale nie tracę nadziei, że JESZCZE SIĘ ZMIENI. Chociaż z trzeciej strony to nie ma być urlop w formie leżenia codziennie na plaży, więc właściwie zadowolę się słońcem. Nawet bez 25 stopni.) 

Zdaje się, że osiągam właśnie formę życia, i tym razem wcale nie mówię tego z ironią. Już drugi miesiąc ćwiczę prawie codziennie, rownież TERAZ, w trakcie intensywnego (co niewątpliwie ma związek z byciem niemrawym zewłokiem każdego wieczoru), i czuję MOC. Dobra, może nawias w pewnym stopniu kłóci się z tym co po nawiasie, ale co ja poradzę, że tak właśnie mam. Jestem silna, trzaskam burpees, zrobię 10 męskich pompek, nawet dość niskich, dźwignę 6 kilo na biceps, nawet z przyzwoitą formą, i bezpośrednio po treningu czuję, że drzewa z korzeniami mogę wyrywać. Potem idę pod prysznic i wychodzę jako zewłok. 

Poza tym nie mam czasu nawet na Homeland i dwa odcinki nietknięte na mnie czekają. Napoczęta książka chyba od miesiąca. Chałupa na wysprzątanie o dwóch tygodni. Maska na włosy od ubiegłego wtorku. Niech już nadejdzie dwudziesty trzeci!…

Comments (2) »

O tym, dlaczego wciąż jestem zakochana

W miniony weekend można powiedzieć że Ten był on fire. Wróciwszy bowiem z roweru, ubłocony jak nie przymierzając dzika świnia (calutki tydzień lało, więc można sobie wyobrazić jak wyglądało w lesie), zdjąwszy z siebie całą odzież, od razu zapakował ją do pralki. Po jakichś 20 minutach i pierwszym wirowaniu nagle zbladł, poleciał do kuchni i rzucił się do pralkowych pokręteł szarpiąc przy tym niczemu niewinne drzwiczki. Coś  takiego, wyjęta z pralki, ociekająca wodą rowerowa kurtka, którą znalazł pod choinką, okazała się rzetelnie nieprzemakalna, bo znajdujące się w zapinanej kieszeni urządzenie gps dało się bez problemu włączyć i działało. 

Następnie udaliśmy się na zakupy. Sytuacja, jaką zwykle opisuję moim uczniom, żeby unaocznić im niemieckie słówko peinlich (czyli tak, że najchętniej zapadłoby się pod ziemię), przytrafiła nam się dosłownie i w każdym detalu. Wyłożyliśmy zakupy na taśmę, zapakowaliśmy do ekologicznych toreb, Ten wyciągnął portfel, sięgnął do przegródki z kartą, a przegródka okazała się pusta. Kolejka patrzyła potępiająco, Ten przepraszał, kasjerka mówiła że nic takiego, zdarza się, Ten pognał do domu, ja czekałam przy kasie, rozpinając kurtkę, bo nagle zrobiło mi się potwornie gorąco, Ten wrócił zlany potem, po czym kasjerka oświadczyła, że ona nie umie zatrzymać transakcji i musiała ją anulować, żeby dalej kasować, a my musimy jeszcze raz wyłożyć na taśmę zawartość toreb i powtórzyć cały proces. 

Potem zrobiłam fit brownie ze słodkich ziemniaków i wyszło doskonale, na szczęście w niczym nie przypominając poprzedniego eksperymentu z czerwonej fasoli. Bardzo mi się wydaje, że jeszcze nie raz je zrobię. (A potem zachwycony Ten reklamował je kumplowi jako WEGAŃSKIE i poproszony o przepis dumnie wymienił wszystkie składniki, włącznie z trzema jajkami. Ubaw mieliśmy przez całą niedzielę.) 

Tymczasem luty za nami, karnawał za nami, wczoraj wyszliśmy na chwilkę tylko obejrzeć pochód i odkryliśmy TAKIE MIEJSCE, że 10 minut później Ten leciał do domu po torby (ekologiczne), bo nie mieliśmy gdzie upychać łapanych słodkości. Uzbieraliśmy dwie pełne sztuki i zastanawiam się, co my teraz z tym zrobimy, bo przecież nie jemy słodyczy!… 

Leave a comment »

O kosie i karnawale

Doskonale wiem, że ględzenie o wiośnie w lutym, nawet jeśli jest to koniec lutego a temperatura oscyluje wokół 10 stopni, może wywołać pogardliwe puknięcie się palcem w czoło, ALE wrócił nasz kos!!! Mieszkający w zagajniczku obok garaży i umilający nam swoją muzyką winka na balkonie kos jest z powrotem i wczoraj nawet śpiewał około północy! Możliwe oczywiście, że kosowi coś się w kalendarzu przestawiło i jeszcze pożałuje przedwczesnych treli, ale równie prawdopodobna jest opcja, że kos WIE WIĘCEJ NIŻ MY. I że zima już naprawdę nie wróci, amen.

A w tym tygodniu mamy Tłusty Czwartek oraz kulminację reńskiego karnawału, na którą nie mam najmniejszej ochoty. W sam czwartek jestem uratowana, pracuję 10 godzin, a u mnie w pracy nikt nie ma głowy do karnawałów. (W większości firm idzie się do pracy w karnawałowym kostiumie, pracuje do magicznej 11.11., a potem impreza. U nas test dla obu grup.) Na resztę dni, czyli sobotę i poniedziałek, w końcu przyda mi się do czegoś aktualny stan moich finansów, bo nie znam nikogo, kto po poinformowaniu go smutnym głosem, że mam wyliczone, iż do wypłaty mogę wydać maksymalnie 5,50€ dziennie, w dalszym ciągu nalegałby, żebym na przyklad pojechała z nim na karnawał do Kolonii. 

Oraz chciałam się pochwalić, że w tym miesiącu odnotowałam największą chyba częstotliwość ćwiczeń od zarania moich dziejów w tym zakresie. A mianowicie na 21 dni lutego, dni treningowych miałam 13. (Liczę rownież te kilku(nasto)kilometrowe spacerki.) Może to znowu ta witamina D, bo do mnie to niepodobne! 

Leave a comment »

O zwariowanej pogodzie i znowu o serialu

Pogoda oficjalnie zwariowała, mamy piętnastego lutego a na dworze 17 stopni, błękitne niebo i CIEPŁE słońce. Jutro ma być dziesięć i deszcz, co jednak nie zmienia faktu, że dziś można wyjść w krótkim rękawie i na słońcu bezproblemowo da się nie zmarznąć.  

Włosów nie farbuję już 19 tygodni i wciąż nie żywię negatywnych uczuć. Wysoce negatywne, acz skomplikowane uczucia budzi we mnie natomiast napoczęty w weekend serial na netfliksie. Nazywa się to Black mirror i jest absolutnie przerażającą i doskonale zrobioną wizją naszej przyszłości w stechnicyzowanych i zdominowanych przez media czasach. Każdy odcinek opowiada inną historię, co jedną to bardziej okropną. Jeśli tak to ma wyglądać, to ja nie życzę sobie tej przyszłości dożyć, bo za każdym razem po pojawieniu się napisów końcowych siedzę zdrętwiała na kanapie, usiłując ułożyć sobie w głowie to, co właśnie obejrzałam oraz otrząsnąć się z nieprzyjemnego uczucia wewnątrz. Okropne, ale warte obejrzenia. 

W robocie po koszmarnie męczących dwóch tygodniach nastąpiło trochę luzu i zanim w marcu nadejdzie kolejna faza stresu zamierzam się nieco poobijać. 
 

Comments (2) »

O spacerze i przeziebieniu

Wiecie jak bardzo 16-kilometrowy spacer męczy przeziębionego człowieka? Ja do wczoraj też nie wiedziałam, bo jeszcze nie przyzwyczaiłam się do faktu, że też się przeziębiam. (Już drugi raz w tym roku! Doprawdy tracę na jakości.) W czwartek z jeszcze dość lekkim przeziębieniem przepracowałam 13 godzin lekcyjnych, i choć bardzo się tego dnia bałam, jedyny skutek był taki że na trzech ostatnich zajęciach, od godziny 19 do 21.15, moi uczniowie musieli mieć silne podejrzenia odnośnie użytych przeze mnie substancji, z których alkohol musiał im się wydać najmniej niebezpieczną. Dostałam mianowicie głupawki, i wszyscy się na tych zajęciach doskonale bawili. Wczoraj natomiast przeziębienie było w pełni rozkwitu, w sobotę nie wychodziłam z domu, więc na wiadomość że Ten i jeszcze jedna zaprzyjaźniona para architektów z biura Tego chcą towarzyszyć mojej szwagierce i mnie w niedzielnym spacerze, i nawet mają na ten spacer świetny pomysł, oczywiście zareagowałam entuzjastycznie. Świetny pomysł okazał się szesnastoma kilometrami (tam i z powrotem, bez obaw) przez las, do tak zwanego punktu trzech krajów, miejsca, w którym stykają się granice Niemiec, Belgii i Holandii. O ile droga tam była przyjemna i w już prawie ciepłych promieniach popołudniowego słońca, to powrót smagał zimnym wiatrem, słońce było za nisko, żeby mieć jakikolwiek wpływ na temperaturę i nawet przyspieszenie tempa marszu nie pozwalało nam się rozgrzać. Po powrocie Ten wstawił rosół w szybkowarze (szybkowar to najlepszy kuchenny wynalazek wszech czasów) i po gorącym prysznicu i spożyciu dwóch miseczek cudownie gorącej zupy, miałam oczy wypisz wymaluj jak wigilijny karp. Po ugotowaniu. Mętne i chore, więc o 21 znalazłam się w łóżku, bardzo żałując niedzielnego wieczoru, ale wiedziałam, że tylko sen może mnie uzdrowić. Przespałam 11 godzin i nie czuję się wprawdzie jak młody bóg, zasmarkana jestem jak byłam, ale daleko mi do wczorajszego samopoczucia. Więc jakby komuś jeszcze przyszło do głowy urządzać sobie w lutym szesnastokilometrowe spacery nie będąc w pełni sił, to stanowczo odradzam.

Leave a comment »