O tym co w poprzednich odcinkach

Zważywszy na fakt, że ostatni wpis był na początku lutego czyli 2(!) miesiące temu, oto skrót ostatnich wydarzeń:  

– działam już w trzech działach mojej firmy
– byłam chora na straszliwą grypę, która mnie uziemiła na 1,5 tygodnia
– zabrałam Tego najpierw do stolicy, a potem do rodziny na Wielkanoc
– dostałam awans i podwyżkę (i więcej roboty)
– zwariowałam na punkcie granny shoes i rozważam zakup drugiej pary
– wreszcie znalazłam idealny pasiasty sweter

Tematy robią się trywialne, a ja śpiąca, więc uznaję, że starczy i już jesteście na bieżąco. Od jutra mogę lecieć z aktualnościami.

Leave a comment »

O weselu w Sewilli, a jakże

Nigdy nie używam tego słowa, ale tym razem użyję: Wesele w Sewilli było EPICKIE.

Podróż w tamtą stronę poszła jak po maśle, mimo że była potwornie długa (dotrzeć należało do belgijskiego Charleroi) i w piątek około godziny dwudziestej znaleźliśmy się w andaluzyjskiej stolicy. Od razu na lotnisku spotkaliśmy się z innymi weselnymi gośćmi, impreza była bowiem na 250 osób, z których rodzina nie stanowiła nawet połowy – w większości byli to przyjaciele państwa młodych, obecnie rozrzuceni po świecie, z którymi kiedyś skrzyżowały się ich drogi. Spotkanie niezwykle nas ucieszyło, zakończyło się wspólną taksówką do centrum oraz wymianą informacji, że prawie cała zaproszona nierodzina znajduje się od pół godziny na Plaza del Salvador, racząc się chłodnym piwkiem, smażonymi rybkami i towarzystwem niewidzianych od wieków osób. Zostawiliśmy więc bagaże w przydzielonym nam apartamencie, przebraliśmy i pośpieszyliśmy dołączyć do reszty. Kiedy dotarliśmy, panna młoda była już w stanie wyraźnie wskazującym, Ten rzucił mnie na pastwę losu i poszedł się witać, czego nie miałam mu w ogóle za złe, bo po pierwsze wiedziałam, jak bardzo emocjonujące były to dla niego chwile, a po drugie jego koleżanki ze studiów były przemiłe i w ogóle nie odczułam jego nieobecności. Postaliśmy tak sobie trochę dłużej niż do północy (było 17 stopni), panna młoda postanowiła po drodze wstąpić na shoty, czego odprowadzające ją przyjaciółki nie zdołały jej wyperswadować i noc spędziła obejmując muszlę klozetową. (Wesele było o 12.00.)

Następnego dnia Ten chciał wstać o 9.00, ale wymusiłam na nim 8.30 i całe szczęście.

Wstaliśmy, zeszliśmy na śniadanie do baru na dole (ach te tosty z pomidorem, oliwą i szynką…!), wróciliśmy do apartamentu i zaczęliśmy szukać żelazka, które miało być, a którego nie było. W efekcie podróżne żelazko pożyczyli nam ci w apartamentu na dole, a w czasie zrobiła nam się niewielka dziura. Wyprasowałam swoją kieckę i koszulę Tego, wlazłam pod prysznic, a Ten w tym czasie skoczył do bardzo luksusowego domu handlowego El Corte Inglés, w celu zakupić sobie szelki i jedwabną chusteczkę do butonierki. Kiedy obydwoje byliśmy gotowi, żeby zacząć się ubierać, było dziesięć po jedenastej. (Do kościoła było 20 minut spacerkiem.)

Przy wkładaniu sukienki został mi w ręku wichajster od suwaka, co lekko mnie zdenerwowało, ale nie było tragedią bo suwak działał, a przy wkładaniu rajstop odkryłam dziurę na łydce, co z kolei wprowadziło mnie w stan lekkiej paniki, gdyż drugich cieniutkich rajstop bez palców nie posiadałam. Ten, cały w nerwach, wyrzucał mi brak myślenia perspektywistycznego, aż do momentu gdy zapragnął zapiąć górny guzik w marynarce, w miejscu którego zastał tylko kilka wiszących nitek. Oszczędziłam sobie komentarzy na temat sprawdzania garnituru przed spakowaniem i zamiast tego milczałam triumfująco. Zapasowe guziki Ten miał, brakowało tylko igły i nitki, jasne więc było, że El Corte Inglés będzie trzeba odwiedzić jeszcze raz. Wypadliśmy z apartamentu o godzinie 11.40, o 11.50 miałam w torebce nowe cieniutkie rajstopy bez palców (najdroższe, w jakich kiedykolwiek tkwiły moje nogi), a 0 12.10 wypadliśmy z pasmanterii z nicią i igłą pod pachą. Biegnąc sprintem po sewilskim bruku powtarzałam sobie, że kiedyś to będzie bardzo śmieszne…

Kościół był tak malutki i tak pełny, że naszej nieobecności nikt nie zauważył, a w momencie, kiedy ksiądz ogłaszał Mercedes i Alberto mężem i żoną, ja przyszywałam Temu na placyku przed kościołem guzik do marynarki.

Cała reszta była już normalna (jak na Hiszpanię), po pannie młodej nie widać było śladu kaca, szampan był specjalnie sprowadzany z Francji, jedzenie niezwykle wykwintne, co jakiś czas didżeja zastępował tercet flamenco, a pary zaczynały tańczyć sevillanas, drinki mocniejsze niż piwo, wino czy szampan serwowano od 17.00, a towarzystwo było pijane tak jak należy upijać się na weselach – na wesoło.

Następnego dnia wróciliśmy do żywych późnym popołudniem, wyszliśmy na spacer po przepięknej Sewilli przy przepięknej pogodzie, wypiliśmy piwo z kuzynem Tego i w charakterze kolacji urządziliśmy rundkę po tapas barach.

Kolejnym dniem był wtorek i trzeba było wracać.

W Eindhoven, gdzie lądowaliśmy, samolotem rzucało jak puszką czegokolwiek z napisem Przed użyciem wstrząsnąć, a Ten miał z nerwów wilgotne ręce. Podróż powrotna okazała się koszmarna, głównie ze względu na ulewę, wichurę i karnawał, ale o północy siedzieliśmy już na własnej rodzonej kanapie, pijąc herbatę na rozgrzewkę.

image

Leave a comment »

O końcu stycznia i związku między golfem a ropą

Po mniej więcej 4 latach w końcu skończył się styczeń. Jestem pewna, że dla nikogo nie jest to nowość (idę o zakład że wszyscy tak jak ja odliczali dni do jego zakończenia), a wyłącznie wiadomość WARTA ODNOTOWANIA. Moje wspomniane rozszerzenie działalności pedagogicznej miało nastąpić dopiero siedemnastego i stres miałam odłożony na nieco później, gdy tu nagle zadzwonił mój niesłychanie dobrze zorganizowany przełożony (Hiszpan – to wiele wyjaśnia) z zapytaniem czy może mogłabym już w środę. Odpowiedziałam, że bym mogła, dlaczego nie, on na to że doskonale, i że jeszcze prześle mi odpowiednie dane, po czym odłożyliśmy słuchawki. A mnie, dobrą godzinę po owym telefonie, przyszło do głowy że być może on miał na myśli TĘ ŚRODĘ. Znaczy pojutrze. Siedzę więc teraz gapiąc się w telefon i (znowu) czekając na rozwiewającego wątpliwości mejla. (Może i on Hiszpan, ale ja też nie od macochy.)

Wczoraj natomiast weszłam do sypialni a tam Ten z lekkim stuporem wpatruje się w zdjęcie w telefonie. Delikatne spytałam, co też go tak zafrapowało, i w odpowiedzi ujrzałam na ekranie nieteściową z kijem golfowym w dłoniach, w skupieniu wpatrującą się w trawnik. ”Moja mama grająca w golfa… Naprawdę tylko tego brakowało. Myślisz że ona tam szuka ropy, czy dlaczego tyle tam dziur?” – zapytał Ten w zadumie.

Odkryłam w  jeszcze jedną dobrą stronę weselnego weekendu w Sewilli (poza tą, że w tym tygodniu jest 21 stopni, bo oczywiście na weekend spadnie): ominie mnie karnawał! Chyba się starzeję czy coś.

(W sumie to nie – gdybym się starzała, to byłabym z roku na rok coraz większą fanką, szczególnie tej koszmarnej muzyki, którą można znieść wyłącznie na bardzo ciężkiej bani. To sama nie wiem.)

Comments (3) »

O moim jasnowidzeniu i etykiecie

W zeszłym tygodniu Ten zamówił sobie takie coś do roweru, co pozwala unieruchomić wyżej wymieniony i używać go jak rowerka stacjonarnego, przy dostępie do tych całych przerzutek i innych szykan. I to coś przyszło przedwczoraj. W częściach. Wróciwszy z biura, Ten postanowił więc relaksacyjnie zabrać się za montowanie tego czegoś. Osobiście siedziałam sobie na kanapie, czytałam książkę* usiłując być bezwonna i niewidoczna i słuchałam coraz bardziej wyszukanych klątw i złorzeczeń. Po czterdziestu pięciu minutach, nawet nie patrząc w jego stronę, pozwoliłam sobie na niewinną uwagę, że na pewno zmontował na odwrót i dlatego nie działa.

I co się okazało na drugi dzień, kiedy zabrał się za ustrojstwo jeszcze raz i z ciśnieniem na prawidłowym poziomie? ŻE ZMONTOWAŁ NA ODWRÓT!!!!!! Ha! Zawsze wiedziałam, że mam skłonności do jasnowidzeń!

Poza tym nuda. W przyszłym tygodniu mam poszerzyć zakres działalności pedagogicznej o zupełnie nowy typ kursu, a w przedostatni dzień aktualnego tygodnia nie wiem jeszcze nic, ani kiedy, ani ile, ani z jaką grupą. Więc stresuję się nieco, a w przerwach podnoszę poziom wiedzy na temat etykiety na hiszpańskich weselach. (Wiedzieliście, że muszka też należy do stroju wieczorowego i na weselach rozpoczynających się w ciągu dnia, należy mieć na sobie krawat? Tja, Ten też nie wiedział, a posiada dwie piękne jedwabne muszki i żadnego przyzwoitego krawata. Przeczesał już wszystkie sklepy online!)

*Dorwałam drugą część o detektywie Cormoranie Strike i jego asystentce Robin i wciągnęła mnie bez porównania bardziej, niż to Wołanie kukułki, czy jak mu tam było. Więc jakby ktoś nie znał jeszcze dorosłej twórczości pani Rowling i lubi klasyczny model prywatnego detektywa, to polecam rzucić okiem.

 

Comments (3) »

O początku tygodnia

Tydzień rozpoczął się bardzo miło skaleczeniem się w czwarty palec u stopy ŚMIECIAMI. Nie wiem, jak to możliwe, nie przypominam sobie wyrzucenia do śmieci samurajskiej maczety, ale faktem jest, że wyjmując worek z wiadra oparłam go przypadkowo na stopie zamiast na podłodze i to oparcie przecięło mi skórę równiutko 3 milimetry poniżej paznokcia. Również na co najmniej 3 milimetry głęboko, bo krwawienia nie mogłam zatrzymać przez dobrą godzinę. Więc z obuwia aktualnie mogę włożyć jedynie szerokie w palcach stare walonki, co doskonale poprawia mi samopoczucie. Jak można się domyślić.

W temacie kryzysowym – kryzys chyba zażegnany, eskę wkładam bezproblemowo i nawet mogę w niej oddychać oraz niewykluczone że i jeść. (Aczkolwiek nie sprawdzałam.) Potwierdza to moje podejrzenie, że zupełnie niechcący schudłam, zapewne od momentu kiedy we wrześniu zaczęłam nową pracę. Od przeprowadzki nie posiadam wagi, więc podejrzenie wywołał wyłącznie widok mojej części środkowej (niech ktoś wreszcie wprowadzi jakieś porządne tłumaczenie angielskiego słowa core) przyodziane w strój sportowy, a wiadomo nie od dziś, że dzieci, pijani oraz leginsy nie kłamią.

Jako że nie mam już prawie żadnych zajęć co najmniej do końca stycznia (tylko ślęczę w papierach, protokołach, listach i innych arkuszach), mój organizm postanowił sobie pozwolić na lekką niemoc – jak zawsze mogę liczyć na to, że nie zrobi mi świństwa w normalnym tygodniu, w którym musiałabym IŚĆ DO PRACY.

Leave a comment »

O mojej martyrologii

Uprzejmie ostrzegam, że w najbliższym czasie będzie królować tu moja martyrologia odnośnie albo

a) kupy roboty związanej ze sprawdzaniem egzaminów i sporządzaniem dokumentacji kursów, w której zatonę od piątku na najbliższe 2 tygodnie albo

b) odzieży na nadchodzące w PIERWSZY WEEKEND LUTEGO wesele w Sewilli.

Słowo stało się bowiem ciałem, a zaproszenie faktem i w piątek piątego startujemy, CO ZROBIĆ. Po oficjalnym potwierdzeniu zaproszenia i rezerwacji lotów rzuciłam się oczywiście na różne sklepy online, aby korzystając z wyprzedaży nabyć coś, co pasowałoby jako tako do okazji (protokół na hiszpańskich weselach dorównuje bez mała urodzinom królowej, gdzie nie spojrzysz powłóczystości i kapelusze), w czym jednakże wciąż czułabym się mną (żadne nakrycia głowy nie wchodzą w grę) i co, last but w żadnym razie least, nie kosztowałoby majątku. Od razu widać że bułka z masłem.

Po godzinach wertowania stron z kieckami, zamówiłam JEDNĄ. W kolorze szmaragdowej zieleni (czarny był wykluczony, wcale nie ze względu na skojarzenie z pogrzebem, a dlatego, że wesele zaczyna się za dnia. Gdy zaczyna się późnym wieczorem, w Hiszpanii czarne można), z jednym ramieniem całkowicie odsłoniętym i korzystną długą falbaną na froncie, umożliwiającą nawet niezałożenie biustonosza. O długości przed kolanko. (Długie też wykluczone, gdy wesele jest za dnia. Nie żeby mnie to martwiło.) Serwis okazał się pierwszorzędny, kiecka doszła po dwóch dniach, równie ładna jak na zdjęciu i… zamówioną emkę włożyłam bez rozpinania suwaka. Niby nie widać zadużości, ale niedostatecznie wypełniona mną góra po stronie bez ramiączka opada trochę za nisko pod pachą, co oznacza również lekką asymetrię w długości. Klnąc pod nosem zamówiłam eskę, na szczęście była, i teraz czekam co dalej. Możliwe że się nie wcisnę, chociaż w emce mam luzu ze dwa centymetry, ale czy ja wiem, może akurat ten egzemplarz taki wypadł?

Wyczytałam również że luty to w Sewilli najchłodniejszy miesiąc roku, więc złowieszczo nadciąga również temat czegoś na wierzch. Buty posiadam. (O cudzie.)

Poszkodowanemu na umyśle odnośnie dat chłopu chyba w życiu nie wybaczę.

 

 

 

 

Leave a comment »

O początku nowego roku

Już całe 9 dni nowego roku minęło, a ja jeszcze nic nie napisałam – z dwóch powodów. Po pierwsze zarobiona jestem, bo to ostatni tydzień przed egzaminami, a po drugie podjęłam się 5-dniowego wyzwania fitness i albo ćwiczę albo narzekam na zakwasy. (Został mi jeszcze jeden dzień – na jutro.) Wyzwanie jest solidne, treningi trwają po godzince zarówno podnoszenia ciężarów jak i skakania, i już po dwóch pierwszych dniach nie mogłam ruszyć ani rąsią ani nózią. A pech chciał, że akurat tego dnia miałam czas wcześnie rano i wybrałam się  do zary poprzymierzać w spokoju i pustym sklepie wyprzedażowe ewentualności. Przymierzanie skończyłam już po pierwszej bluzce, którą zdejmowałam przez głowę prawie płacząc z bólu w tricepsie. A jeśli już mowa o wyprzedażach, to nie podoba mi się nic absolutnie, jak na razie nabyłam jedynie botki w asosie i jedną pasiastą bluzeczkę w rezerwacie, ale jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to co roku myślę to samo na początku, a potem kończy się puszczeniem paru stówek.

Wygląda na to że wojaże w tym roku rozpocznę wcześniej niż zwykle, możliwe że już lutym, gdyż Temu przypomniało się, że jego jedna koleżanka ze studiowej paczki wychodzi za mąż w Sewilli i oczywiście my też jesteśmy zaproszeni. Czy te chłopy to w ogóle kiedyś myślą??? Jak można przypomnieć sobie o tak ważnym fakcie na NIECAŁY MIESIĄC PRZED????? Oczywiście nie mam się w co ubrać, bo hiszpańskie wesela są zawsze bardzo wystawne, i w ogóle cholery z nim dostanę, wspomnicie moje słowa.

Leave a comment »

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.