O pluszowym misiu i mumii

Na fali czarnych piątków, sobót, weekendów i tygodni zakupiłam sobie płaszczyk z pluszowego misia. Od ubiegłego roku pragnęłam czegoś futrzanego, ale:

a) w tych futerkach „jak prawdziwe” wyglada się tak nobliwie i odświętnie (a przynajmniej ja czuję się jakbym tak wyglądała), a nie jestem pewna czy chce tak wyglądać na codzień

b) modne w tym roku i przerabiane przez wszystkie sieciówki „skóry” z kożuszkiem od środka wyglądają wprawdzie bardzo przyjemnie, ale nie są z prawdziwej skóry i ja to WIEM. Przez owo nie jestem w stanie używać niczego ze sztucznej skóry, a na prawdziwą (najchętniej oryginalny egzemplarz ACNE) brakuje mi dwóch tysięcy euro. Te trzysta może bym wyskrobała.

Pluszowy miś natomiast nadaje się jak znalazł, był niedrogi, jest cieplutki, a w składzie posiada wełnę. Oraz jest w kolorze głębokiego burgunda, co po moich zwyczajowych czerniach i szarościach (i jednym wielbłądzie) jest miłą odmianą.

A poza tym, muszę jeszcze tylko 5 i pół dnia do pracy (pół jest dzisiejsze, jedna turę zajęć mam za sobą, jeszcze tylko 5 godzinek po południu) i w przyszły piątek lecę ku słońcu. To będą moje drugie święta w Marbelli, więc i w tym roku nie będzie barszczu ani makowca. (Co do pierogów, kto wie.) Będzie za to jamón serrano i krewetki i przede wszystkim prawie dwutygodniowy urlop w nieco przyjemniejszym klimacie.

PS. Wypróbował ktoś tak zwane tissue mask? Ja owszem i co do działania, to nie mam zdania, ale ile z tym zabawy przy nakładaniu! Wyglada się jak mumia i fantastycznie nadaje do straszenia chłopa!

Reklamy

Comments (1) »

O wizycie w konsulacie

Więc udałam się dzisiaj do Konsulatu Generalnego naszego pięknego państwa w Kolonii w celu złożyć wniosek o paszport.

Najpierw wstałam o 5.40 (i przypomniały mi się czasy rannych zmian, brrr), co nie zrobiło na mnie jednak wielkiego wrażenia, gdyż wczoraj położyłam się do łóżka o 22.30 czyli z kurami. W pociągu naprzeciwko mnie (to znaczy w rzędzie naprzeciwko, na szczęście) zaraz w Aachen usiadł pan z wytatuowaną na szyi jaszczurką (której koniec znajdował się za uchem pana) i który to pan przez calutką drogę (56 minut) jedną po drugiej nagrywał wiadomości audio na whatsappie dla swojego (cytuję:) skarba, informując go o tkliwych i gorących uczuciach. Obiecywał rownież kochać skarba: na wieki, bezgranicznie, bezwarunkowo i ponad wszystko. Oraz nigdy nie przestawać. Jako że pociąg nie był bezdźwięcznym poduszkowcem, pan musiał dostosować natężenie głosu do natężenia hałasu pociągu, więc w wyniku powyższego pół wagonu odwracało głowę z zażenowaniem. W tym ja.

Do Konsulatu dotarłam o 8.44, termin miałam o 9:00 czyli równo z początkiem godzin urzędowania i do samiutkiej dziewiątej wraz z grupką innych osób czekałam na ulicy bo wrota urzędu skryte były na grubą żaluzją.

Obok mnie wniosek o paszport wypełniał młodzieniec około 25-letni, któremu WSZYSTKIE DANE, (włącznie z własnym nazwiskiem panieńskim, miejscem urodzenia, peselem, wzrostem i ostatnim adresem w Polsce młodzieńca) dyktowała mamusia.

Po czym uiściłam opłatę czterokrotnie wyższą niż opłata za wydanie paszportu w Polsce (postanowiłam podejść do tematu filozoficznie, to TYLKO pieniądze) i już mogłam udać się w drogę powrotną. Tym razem obok siebie miałam czwórkę hiszpańskich studentów medycyny, którzy byli tak rozkosznie nerdowaci, że musiałam odwracać się do okna, żeby nie widzieli mojego rozbawienia. Kiedy zaczęli piętnastominutową dyskusję, kto był uczniem Platona, nie wytrzymałam i sprawdziłam w Wikipedii. (Arystoteles.)

Uwielbiam sama jeździć pociągami.

Leave a comment »

O rzeczach dobrych i złych

Szampan wciąż się we mnie nie pieni, ale doszłam do dość rozsądnego wniosku, że ILE MOŻNA i postanowiłam poszukać dobrych stron lub, w przypadku niemożliwości znalezienia owych, rozwiązań.

* ZUSowi faktycznie wiszę kasę, którą muszę oddać JUŻ, a nie do końca stycznia (co jest faktem negatywnym), ale wiszę mniej niż myślałam, więc zarżnę się w tym miesiącu doszczętnie, będę żyła za 5 euro dziennie, a nowy rok zacznę bez długów. (Co z kolei jest jak najbardziej pozytywne.)

* Urzędowi Skarbowemu rownież wiszę podatek za obecny rok, urząd wprawdzie nie wie, że od września pracuję jeż na etacie i właściwie wiszę mniej niż urząd myśli, ale nicto. Nie będę produkować biurokracji. Zapłacę, a w przyszłym roku będę się cieszyć jak urząd mi odda.

* W wolnych chwilach rozmyślam sobie, jak to będzie mieć znowu nieco pieniędzy dla siebie. Już od stycznia. Yay.

* To co mi się przytrafiło, przytrafia się ogromnej ilości osób, w znacznie gorszych momentach i sytuacjach, co jednak nie czyni mojego mniej ważnym, ani mniej bolesnym. Na pewno pozwoliło mi to spojrzeć na wiele rzeczy innymi oczami i kilka rzeczy zrozumieć. Stwierdzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni uważam za wielki BULLSHIT, ale złe rzeczy się po prostu zdarzają, więc trzeba się pozbierać, otrzepać i dalej próbować.

* Nie mogę dłużej udawać, że wielkiej góry rzeczy do prasowania NIE MA. Ona jest i muszę się z nią zmierzyć. (Za chwilkę)

* Spotkanie z szefową dodało mi nieco wiatru w żagle. Możliwe że jestem naiwna, bo dodało mi też mnóstwo pracy na najbliższe miesiące i może powinnam być z tego powodu raczej zła, ale jednak czuję ten wiatr w żaglach na myśl, że powierza się mi zadania odpowiedzialne i niełatwe i wychodzi z pewnego założenia, że wykonam je dobrze. Osobiście zawsze chciałam zmierzyć się z podobnym zadaniem i też mam jednak wrażenie, że powinnam wykonać je dobrze.

* Jutro mam termin w polskim konsulacie i muszę wprawdzie wstać przed szóstą rano (niedobrze), ale może uda mi się załatwić gnębiący mnie problem braku dowodu tożsamości (dobrze). (Dowód osobisty kończy mi się w styczniu, nowy już sobie leży w polskim urzędzie, jednak żadnym sposobem nie dam rady go odebrać zanim przeterminuje się stary. Bez ważnego dowodu tożsamości nie mogę jednak ani legalnie funkcjonować, ani, tym bardziej, odbywać zagranicznych podróży.)

* W piątek była impreza świąteczna u Tego w pracy, tym razem mottem było Soul Train i miałam na sobie obłędnie błyszczący srebrny cekinowy top, a opięte u góry i dzwoniaste na dole portki leżały na mnie lepiej niż kiedykolwiek. Makijaż w stylu lat 70 też wyszedł mi niezły. W drodze powrotnej wprawdzie nieco się przeziębiłam i teraz boli mnie gardło i głowa, ale lepiej przeziębić się teraz niż na święta, prawda?

Leave a comment »

O obrzydliwościach

Gdybym była PRAWDZIWĄ BLOGERKĄ, której zależy na poczytności bloga, wyciągnęłabym ciekawe wnioski z ostatniego wpisu – nieszczęście podnosi statystyki.

Jako że statystyki interesują mnie serdecznie mało, dzielę się obserwacją, może komuś się przyda.

„Trochę schudła, trochę zbrzydła, serce miała z mydła”, jak mówi klasyk. Nie wiem z czego obecnie jest moje serce, ale cała reszta bez wątpienia jest o mnie. Niestety nie czuję się ani trochę lepiej. Jestem w obrzydliwej czarnej dziurze, z której nie widzę wyjścia, do której za to spadają mi na łeb kolejne nieprzyjemności, jak na przykład uprzejmy list z tutejszego ZUSu, informujący, że czegoś tam nie płacę od czerwca i porażający wysokością odsetek za to niepłacenie, mimo że płacę jak w zegarku. I mimo, że mam na to dowody w postaci wyciągów bankowych, weekend mam zatruty, bo listy tej treści oczywiście zawsze przychodzą w sobotę i z wyjaśnianiem trzeba czekać do poniedziałku. W poniedziałek natomiast ma się na linii opryskliwe babsko, które odpowiada, że papier jest nieważny, trzy dni później wysłano kolejny, który jeszcze nie doszedł i według którego wprawdzie wciąż nie płacę, ale dług jest mniejszy. Poczekać mam aż dojdzie i pokazać dowody na odmienny stan rzeczy. A w ogóle to te pisma wystawiane są maszynowo i nikt nie ma na nic wpływu. Wszystko jest więc jasne – urzędem rządzi szalona maszyna, wystawiająca pisma w sposób niekontrolowany według własnego widzimisie i całkowicie ignorując fakty, a zadaniem urzędników jest zanoszenie ich na pocztę.

Rozpaczliwie potrzebuję, żeby ten czarny czas się już skończył. Potrzebuję dobrych wieści. Pozytywnego rozwoju wydarzeń. Optymistycznego spojrzenia w przyszłość. 2017 miał być szczęśliwy, siódemka tak dobrze rokowała, i gdzieś do września sprawy wyglądały całkiem nieźle. Październik już był obrzydliwy, o listopadzie nie wspomnę. Doprawdy, można by się spodziewać większej mocy po siódemce.

Leave a comment »

O stracie

Sześć lat temu, 18 listopada 2011, wydawałam „kolację po polsku” dla moich hiszpańskojęzycznych znajomych, wśród których obecny był rownież ówczesny obiekt moich uczuć, z początku lecący na mnie jak szaleniec, potem coraz bardziej wymykający mi się z rąk, a owego 18 listopada już o krok od dramatycznego zamknięcia całej historii. Kolacja przebiegła CAŁKIEM MIŁO, czytaj, moje serce rozdzierało rozpaczliwe przeczucie że nic z tego nie będzie, podczas gdy twarz usiłowała się uśmiechać. Już nieco ponad tydzień później sprawa była z wielkim hukiem zamknięta, a ja, mimo że daleko mi było już wtedy do wrażliwej nastolatki, zalewałam się łzami przez kilka dni, przepełniona rozpaczliwym poczuciem STRATY. Bo przecież to on mnie chciał i w ogóle to zaczął, więc dlaczego nagle przestał. Bo przecież jeszcze dwa tygodnie temu o tej porze było tak obiecująco. Bo może mogłam coś zrobić, czegoś nie robić, coś powiedzieć, czegoś nie mówić, i może by do tego nie doszło. Byłam wtedy świecie przekonana, że nigdy już nie będę szczęśliwa.

I mniej niż pół roku później byłam już bardzo szczęśliwa z Tym. (A przedtem okazało się, że i Hans na mnie leciał!)

Sześć lat później jestem w zupełnie innej sytuacji, chociaż mam identyczne poczucie straty. Identycznie tak jak wtedy, wcale nie wiedziałam że tego chcę, aż do momentu gdy to straciłam. Znowu zalewam się łzami w najmniej spodziewanym momencie, walczę z workami pod oczami, pracuję na pełnym automacie i bez udziału mózgu, mam uczucie, że wewnętrznie umarłam i nigdy już nie będę szczęśliwa. Wspominam, co czułam jeszcze tydzień temu. Kiedy miało być całkiem inaczej. I że może gdybym coś zrobiła… czegoś nie robiła… Choć dobrze wiem, że nic nie mogło zmienić biegu wydarzeń, bo niektóre rzeczy są nam pisane, właśnie TE rzeczy i w TYM momencie, a inne nie. I mogę jedynie mieć nadzieję, że już niedługo będę milion razy szczęśliwsza niż tydzień temu.

2 Komentarze »

O niezwykle miłym weekendzie w środku tygodnia

Takie tygodnie to ja lubię: weekend – poniedziałek – weekend – czwartek – piątek – weekend. (W tym roku Niemcy świętowali 500 lat od przybicia przez pana Lutra 95 tez do drzwi kościoła w Wittenberdze, co razem ze Wszystkimi Świętymi dało dodatkowy weekend w środku tygodnia.)  Jako że w prawdziwy weekend Ten był z kumplami w Budapeszcie, weekend dodatkowy  spędziliśmy na zasadzie cudze chwalicie, swego nie znacie i wybraliśmy się pociągiem do… Bonn. Ja wprawdzie bywałam tam dość często, kiedy odwiedzałam argentyńską imienniczkę, (co nie znaczy, że miasto znam – znam wyłącznie jej były akademik), Ten nie był nigdy, a to w końcu była stolica. 

Bonn okazało się maciupeńkie. Przez ścisłe centrum nakręciliśmy tyle ósemek, że na każdy placyk wchodziliśmy po kilka razy z każdej strony, i ku naszej rozpaczy widzieliśmy bardzo mało barów. Na dodatek Ten zapomniał ładowarki do telefonu i z racji obecności mojego w naprawie, offline byliśmy obydwoje. Łazilismy więc po wymarłych (w sam raz na Halloween) uliczkach trzymając się za ręce, napiśmy się kawy, zjedliśmy bardzo dobre ciasto z wiśniami i migdałami, trafiliśmy w końcu na jakiś bar i przy białym winie włączyliśmy prawie wyładowany, a wcześniej wyłączony w celu oszczędzać baterię, telefon Tego, wyszukaliśmy restaurację nepalsko-tybetańską, w której zamierzaliśmy zjeść kolację, i wróciliśmy do hotelu żeby się przebrać. A hotel był fantastyczny – jak zwykle wyszukany wśród ofert na booking.com (bo normalnie nie byłoby nas stać), czterogwiazdkowy, z wielkim, miękkim, niebiańsko wygodnym łóżkiem z szeleszczącą białą pościelą, łazienką z wielką wanną i mnóstwem gratisów (poczułam się zupełnie jak Ross Geller), można powiedzieć, że na tym etapie wyprawa opłaciła się już ze względu na sam hotel. Tybetańska kolacja rownież była niczego sobie, a na dodatek całkiem niedroga, a wieczór zakończyliśmy drinkami w barze o wdzięcznej nazwie Che Guevara, który rownież znałam z wcześniejszych odwiedzin u imienniczki. 

W niebiańskim łożu spało nam się wyśmienicie, a pierwszy listopada powitał nas ciepłym słońcem i doskonałym bufetem śniadaniowym. Po śniadaniu zostawiliśmy walizki w hotelu i udaliśmy się do pobliskiego miasteczka Königswinter, gdzie zamierzaliśmy udać się na stromą wędrówkę na szczyt podobno opiewanej w Pieśni o Nibelungach góry Drachenfels. Miasteczko okazało się ślicznym nadreńskimi kurortem, w którym w swoim czasie bywał i lord Byron,i nie można było wyobrazić sobie lepszej pogody na nasza wędrówkę. Płaszcz chwilami musieliśmy nieść ręku, widoczność była tak dobra, że z góry dawało się dojrzeć wieże katedry w Kolonii, a spożyta na słoneczku kiełbaska z frytkami smakowała wybornie. Jedyne, czego żałowaliśmy, to brak aparatu, ale weekend offline był jednak więcej wart niż jakiekolwiek zdjęcia.  

Do Aachen  wróciliśmy około osiemnastej i zaraz po powrocie zajęłam się googlowaniem nurtującego mnie pytania, dlaczego takie za przeproszeniem zadupie zostało stolicą. Okazało się, że w roku 1949, kiedy nawet nie istniały jeszcze dwa państwa niemieckie, a Berlin podzielony był na 4 sektory, slowa „stolica”  nikt nawet do ust nie brał, szukano jedynie tymczasowej siedziby dla organów rządowych, których obecność w Berlinie wraz z władzami sowieckimi wydawała się cokolwiek niepożądana. Bonn posiadało nienaruszone podczas wojny reprezentacyjne budowle, było faworytem pochodzącego z Kolonii Adenauera i wygrało – podobno niezupełnie czystą – walkę z Frankfurtem. Jako oficjalna stolica Bonn zaczęło figurować w dokumentach dopiero w połowie lat 70. Jako że jestem fanką powojennej historii Niemiec, poczułam się wielce zadowolona z poznanego nowego faktu. 

Tylko zdjęć nie ma. A update mojego telefonu jest taki, że naprawa przedłuży się z uwagi na brakującą cześć zamienną. 

Leave a comment »

O cudzie i świecie jak chusteczka

Więc jeśli chodzi o popsuty telefon. To chciałam go wyprawić w podróż z takim zapałem, że tylko przez zwyczajny cud, szukając pudełka, w którym przyszedł, trafiłam najpierw na pudelko wypełnione poprzednikiem, równie zepsutym, które się otworzyło i wypadł z niego ten malutki piździk ze szpikulcem do otwierania szufladki na kartę SIM. Co z kolei uświadomiło mi, że moja karta SIM, jak najbardziej sprawna, wciąż znajduje się w urządzeniu, którego tak bardzo chcę się pozbyć. Potem poszło już łatwo, kilometrowa kolejka na poczcie i zobaczymy co dalej.

Muszę przyznać, że wczoraj raczej nie byłam w najlepszym humorze świata, dzisiaj było nieco lepiej, może dlatego że zrobiłam kardio-pilates i włożyłam mój wielki, bladoróżowy, puchaty comfort-sweter (no co, jak istnieje comfort-food…). Ale i tak szampan się we mnie nie pieni. Do tego stopnia, że oglądając Californication myślę sobie właśnie, że tak naprawdę to jest potwornie smutny serial. 

Ostatnio przytrafiło mi się coś zabawnego – przeglądając instagram natrafiłam na przepiękny profil dziewczyny, fotografki, odnoszącej spore sukcesy, robiącej biznesy z Kasą Tusk i spędzającej zimy na Antypodach, z zachwytem pooglądałam zdjęcia oraz zalinkowanego bloga i doszłam do murowanego wniosku, że ta dziewczyna była jedna z moich kilku najlepszych koleżanek w podstawówce. Jedyną, z którą zupełnie stracilam kontakt, bo moje rodzinne miasto opuściła cała jej rodzina. Jak to mówią Hiszpanie, świat jest wielkości chusteczki! 

O, wino w kieliszku mi się skończyło. 

2 Komentarze »